Jungle Love, reż. Sherad Anthony Sanchez

Dyskusje nt. wybranych przez organizatorów filmów z programu 13.T-MNH
Avatar użytkownika
Seblon
NH-Moderator
 
Posty: 1045
Na forum od:
16 lut 07, 14:33

Post 31 maja 13, 8:34

Piątym tytułem Klubu Krytyków Forum NH jest filipiński film Jungle Love (reż. Sherad Anthony Sanchez).

{{ MFF Rzym 2012 - oficjalna selekcja (CINEMAXXI) }}

{{ MFF T-Mobile Nowe Horyzonty 2013 - Konkurs Nowe Horyzonty }}

:arrow: zwiastun filmu >

:arrow: o filmie na stronie 14.MFF Cinemanila >


.
Załączniki
Jungle love.jpg
Jungle-Love.jpg
2012junglelove.jpg
plakat 2.jpg
plakat
20. MFF Nowe Horyzonty, Wrocław, 23 lipca - 2 sierpnia 2020

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 31 maja 13, 14:45

Oglądanie tej produkcji, szczególnie na początku, było bardzo męczące. Z czasem - nie wiem, czy się przyzwyczaiłem, czy film się poprawił - zrobiło się trochę lepiej. Ale nie dużo lepiej.

Dziwna sprawa z tym filmem. Prowadzone są w nim trzy równoległe wątki, które nie mają za wiele sensu. Ani nie układają się w żadną spójną historię, ani nawet żaden w pojedynkę nie jest specjalnie interesujący. Mimo to zasadniczy cel reżysera i treść filmu wydają się dość jasne. Dżungla symbolizuje tu ludzką namiętność, dzikość. To nie film o miłości, lecz o seksie, pożądaniu, erotycznej walce, w której wygrają najsilniejsi.

Mało mnie jednak te wszystkie obsesje reżysera i dywagacje o seksie analnym obchodzą. Całkiem możliwe zresztą, że chodziło mu o coś więcej (mamy w końcu w filmie żołnierzy i kpinę z prostej religijności), o coś czego nie-Filipińczyk nie wyłapie. Ale co z tego? Z filmu zapamiętam tylko zabawną piosneczkę i męczarnię z napisami, wytłoczonymi nieludzko drobną czcionką.
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 31 maja 13, 22:21

Ciekawe, czy pan Sanchez oglądał "Chorobę tropikalną". Pewnie nie, bo gdyby obejrzał, to może zastanowiłby się dwa razy, zanim uraczyłby nas swoim "dziełem".

Jezu, co za szmira.

Jasne, te filmy są różne, ale w podręczniku "Jak kręcić filmy o dżungli" jeden z nich mógłby być stawiany za wzór (choć uważam inne filmy Apichatponga za lepsze), a drugi za antywzór. Co prawda trzy wątki obecne w filmie jakoś tam się niby w pewnym momencie łączą (za sprawą tej młodej kobiety), ale że działo się to po ok. godzinie filmu, to nie obeszło mnie za bardzo, bo zdążyłem się do tego czasu tak wymęczyć, że już nie miałem siły na żadną analizę. Stawiam jednak roboczą hipotezę, że do głębokich wniosków bym nie doszedł.

Co prawda zgadzam się z doktorem, że po katastrofalnym początku film robi się odrobinę (odrobinkę, taką tyci tyci) lepszy, lecz i tak większość seansu spędziłem na zastanawianiu się, czy bardziej irytuje mnie zły dobór środków wyrazu (do oddania tajemniczości i złowieszczości dżungli konieczne są Bardzo Niepokojące Dźwięki), amatorskie wykonanie (chyba że te absurdalne cięcia to specjalnie?) czy fakt, że poza łopatologicznym rozprawianiem o tym, jak to w tropikach żądza grasuje, reżyser nie ma nic do powiedzenia.

Co do tych żołnierzy i religii to najprostsza interpretacja jest taka, że dżungla symbolizuje całe Filipiny i film, pokazując, jak to w dżungli ludzie wariują, ma traktować o tym, jak to militarystyczne i religijnie podzielone Filipiny (przy czym zastrzegam, że to tylko dywagacje, bo nie mam pojęcia, jak wyglądają te sprawy w tym kraju) ogarnięte są szaleństwem. Czyli byłby to film polityczny (no i masz, kolejne skojarzenie z Apichatpongiem), ale jeśli tak miałby wyglądać pomysł reżysera to chyba wolę uznać, że jako nie-Filipińczyk nie wszystko zrozumiałem.

Piosenka rzeczywiście urocza, za "If you're deaf shshshshshshs" należy się dodatkowy punkt do oceny na Filmwebie. To razem daje dwa. Kto da więcej?
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Jarosz
 
Posty: 1719
Na forum od:
5 cze 07, 7:48

Post 1 cze 13, 21:48

Jeśli to mają być nowe horyzonty kina, to ja przepraszam, postoję sobie gdzie indziej. Tak zmiażdżony przeze mnie w marcu Noche to przy tym gniocie prawdziwe arcydzieło. Skoro o filmie Leonarda Brzezickiego napisałem, że jego cechy to "manieryczne antyaktorstwo, toporna reżyseria i adramatyczny scenariusz z kosmosu", to co mam powiedzieć o Jungle Love, gdzie wszystkie wyżej wymienione wyznaczniki występują w wersji totalnie wzmocnionej? Oczywiście istnieje możliwość, że ja-profan nie łapię jakichś lokalnych niuansów i natchnionych metafor, ale nawet jeżeli takowe w filmie Sancheza występują, to są skrajnie niechlujnie i po amatorsku podane, tak jak prowadzona jest narracja (o ile można tu w ogóle użyć tego terminu) i montowane są kolejne sceny. Ten montaż boli, bo widać, że robiono to na kolanie. Podejrzewam, że produkowano to dzieło metodą opisaną w Kobiecie w szambie Marlona Rivery, też zresztą filipińskiej produkcji.
Ocena: powinno być 0/10, ale daję 1/10 za piosenkę, która się do mnie przyczepiła i puścić nie może. To będzie hit festiwalu (piosenka, nie film) - będziemy ją wszędzie podśpiewywać w przerwach między seansami :wink:
Swoją drogą ten genialny tekst "If you're deaf shshshshshshs" napisał sam reżyser, co można wyczytać w końcówce tyłówki.

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 2 cze 13, 1:13

O, a na IMDb jest podlinkowana ta oto pozytywna recenzja: http://twitchfilm.com/2013/02/review-sh ... known.html

Jak widać, dla każdego coś miłego. Tyle tylko, że to, co recenzentowi się podoba, dla mnie jest nudne i ograne, więc przekonać się nie dam. A co do końcówki tyłówki - nie dotrwałem ;)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

tangerine
 
Posty: 1723
Na forum od:
13 lip 07, 5:38

Post 2 cze 13, 10:28

ha, jak czytam tam opis filmu to jakbym był producentem to wszystko rzucam i wchodzę w ten projekt:

In the jungle in an undisclosed location in the Philippines where military cadets wander leisurely and aimlessly about, we meet a middle-age woman who runs off with a baby, two juvenile explorers lost in sexual games, and a guide with an obscure presence. All consumed with the game of their own lives. Until the jungle comes to play.by ADMIN on Nov 20, 2012 • 3:03 am (cinemanila.org)

może to trzeba oglądać na dużym ekranie ?

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 2 cze 13, 10:55

tangerine napisał(a):ha, jak czytam tam opis filmu to jakbym był producentem to wszystko rzucam i wchodzę w ten projekt:

In the jungle in an undisclosed location in the Philippines where military cadets wander leisurely and aimlessly about, we meet a middle-age woman who runs off with a baby, two juvenile explorers lost in sexual games, and a guide with an obscure presence. All consumed with the game of their own lives. Until the jungle comes to play.by ADMIN on Nov 20, 2012 • 3:03 am (cinemanila.org)

może to trzeba oglądać na dużym ekranie ?


Opis opisem, niby wszystko się zgadza, ale w praktyce za cholerę nie działa. Co do ekranu: kto wpadł na pomysł, by pokazywać to w tak słabej jakości na połowie dostępnego miejsca (i z malutką czcionką, o której wspominał doktor)? Jak się ma do dyspozycji 15,4 cala to każdy dodatkowy ubytek boli podwójnie...
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

tangerine
 
Posty: 1723
Na forum od:
13 lip 07, 5:38

Post 2 cze 13, 21:10

doktor pueblo napisał(a):Oglądanie tej produkcji, szczególnie na początku, było bardzo męczące. Z czasem - nie wiem, czy się przyzwyczaiłem, czy film się poprawił - zrobiło się trochę lepiej. Ale nie dużo lepiej.


U mnie było na odwrót: na początku nie rozumiałem dlaczego ten film został tak chłodno przyjęty na forum, ale od 40 minuty film przestaje działać... przestaje interesować... pojawiają się jakieś enigmatyczne rozwiązania formalne (wszyscy się na wzajem duszą, ale nikt tak na prawdę nie umiera)...

tangerine
 
Posty: 1723
Na forum od:
13 lip 07, 5:38

Post 2 cze 13, 21:23

Jarosz napisał(a):... tak jak prowadzona jest narracja (o ile można tu w ogóle użyć tego terminu) i montowane są kolejne sceny. Swoją drogą ten genialny tekst "If you're deaf shshshshshshs" napisał sam reżyser, co można wyczytać w końcówce tyłówki.


Inaczej to odbieram, jak dla mnie warstwa wizualna i dźwiękowa (bez piosenki) to w sumie najmocniejsze elementy filmu. Problem w tym, że to taki miszmasz środków typowych dla sztuki arthousowej oraz kultury popularnej (do niej zaliczam zabiegi narracyjne - montaż, które też uważam za tandetne - jak scena w autobusie, oraz ową nieszczęsną piosenkę opartą na motywie religijnym co można wyczytać z napisów końcowych). Wszystko to razem nie działa, tym bardziej że film od pewnego momentu rozpada się i próby ratowania go poprzez wzajemne duszenie się bohaterów są tutaj zupełnie nieprzydatne.

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 3 cze 13, 13:06

Żeby nie było wątpliwości: ten film mi się ani przez moment nie podobał, to była tylko kwestia mniejszej lub większej męki. Ale właściwie to mogę przebić Mrozikosa: daję 3/10 :)
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 3 cze 13, 22:20

Czyli jestem pierwszym, któremu się podobało! Fantastycznie! (Więcej wkrótce).

Avatar użytkownika
vifon00
 
Posty: 345
Na forum od:
23 sty 12, 13:41

Post 4 cze 13, 22:36

To jakaś nowa forma tortur? Najpierw Sieniawka a teraz ...to??
Nie siliłbym się na jakąkolwiek analizę. Analizować można film, Jungle Love jest tylko rodzajem amatorskiego homevideo, który nijak filmu nie przypomina. Można też podejrzewać, że to forma żartu, ale do tego trzeba mieć jeszcze poczucia humoru, a tego najwyraźniej twórcy Jungle Love brakuje, podobnie jak talentu do tworzenia muzyki (ta pioseneczka o tym, że Jezus cię kocha jest zaiste upiorna). Mało w swoim życiu obejrzałem filmów, które zasługują na jedynkę, chociaż tutaj, byłbym bardziej skłonny dać zero, tak jak proponuje Jarosz (za tę piosenkę dałbym minus 1).

Aż się boję pomyśleć, z jakim filmem będziemy musieli się zmierzyć w następnej kolejności :?
Ostatnio edytowano 4 cze 13, 23:42 przez vifon00, łącznie edytowano 2 razy

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 4 cze 13, 23:35

Zacznijmy od tego, o czym jest ten film. On jest o dżungli - to ona (a nie pojawiające się w nim postaci), moim zdaniem, jest jego główną bohaterką. O dżungli jako miejscu, gdzie budzą się namiętności, ale może bardziej jako miejscu, w którym odkrywa się samego siebie. Także dżungli jako miejscu magicznym, w którym obcuje się z duchami, w którym można się oddać pod ich opiekę. W końcu dżungli jako narkotyku, który wciąga, i na nic, mające przed nim chronić twory kultury, jak religia (przedstawiona tutaj jako coś infantylnego) albo racjonalne działania (symbolizowane tutaj przez wojsko). Znacznie więcej, niż stwierdza Mrozik, sugerując, że to już było.

Też forma nie wydaje mi się tutaj chaotyczna (choć oczywiście ja też nie wszystko rozumiem). Poszczególne wątki, choć nie powiązane, uzupełniają się wzajemnie w pokazywaniu tych różnych obrazów dżungli. Łączą się też symbolicznymi miejscami, jak ta skała, od której film się zaczyna, i do której wielokrotnie w różnych wątkach wraca, a która jest dla mnie jakąś taką bramą na drugą stronę (jak u Weira, do którego, mam wrażenie, jest to świadome nawiązanie). Też ten dziwny, cięty montaż służy wydobyciu tej warstwy magicznej rzeczywistości, o której pisałem (w ten sposób wplatane są sceny z duchami, w ten sposób znika dziecko, porwane przez duchy). To zresztą środek wyjęty z magicznej prehistorii kina, z czasów Meliesa i jemu podobnych. W końcu scena z duszeniem - ona też ma swoją podobną (senną, czy jak kto woli - magiczną) logikę - mężczyzna dusi swoją kochankę, bo dostrzega w niej starą kobietę (w którą - jak we śnie - się przemieniła). Kiedy kochanka się znowu pojawia, jest już po drugiej stronie, między duchami (więc jednak uduszona :)). Oczywiście mi też nie wszystko się w tym filmie podobało. Mnie też specjalnie nie zainteresowały na przykład dywagacje o seksie analnym z początku filmu. Rozumiem też zarzuty, że użyte środki są zbyt mocne, zbyt się narzucają. Rozumiem zarzuty, że część z rozwiązań formalnych jest tandetna. Coś w nich jest. Nie rozumiem natomiast tych, którzy piszą o przypadkowości, miszmaszu, czy czymś podobnym. Według mnie środki użyte w tym filmie są jak najbardziej przemyślane i dostosowane do zamierzonego przekazu. W ostatecznym rozrachunku zresztą, ponieważ jest to kino, które ma oddziaływać przede wszystkim atmosferą, o tym, czy jest to sukces, czy nie, decydować powinno to, czy "działa". Na mnie działa, więc oceniam film pozytywnie, na innych nie, więc oceniają źle (dopatrując się przy tym dziury w całym nawet tam, gdzie jej nie ma) - i tyle.

Na koniec dwa słowa o zarzutach Jarka - o tym "manierycznym antyaktorstwie i adramatycznym scenariuszu". Otóż mi o wiele bardziej przeszkadza (charakterystyczne dla polskiego kina) przekonanie, że o wartości filmu decyduje dobry dramaturgicznie scenariusz oraz dobre aktorstwo. Nic bardziej błędnego - gdyby tak było, film niczym nie różniłby się od teatru. A w filmie przede wszystkim chodzi o obrazy, dźwięki, o atmosferę - wszystko jak u Sancheza. Wiele bym dał za to, żeby polskie kino pełne było takich porażek jak Jungle Love w miejsce sukcesów tych wszystkich teatrów telewizji, które szumnie zwane są polskimi filmami.

Avatar użytkownika
vifon00
 
Posty: 345
Na forum od:
23 sty 12, 13:41

Post 4 cze 13, 23:44

Zazdroszczę! Wygląda na to, że widzieliśmy zupełnie różne filmy :)

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 4 cze 13, 23:49

Ano, najwyraźniej! W moim same zdjęcia nie pozwalały na użycie twojego określenia "amatorskie home video", a przecież nie tylko zdjęcia amatorskie nie były. A tak poza tym, to pioseneczka była "iście koszmarna", bo taka być miała - przecież to dosyć oczywisty pastisz był.

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 4 cze 13, 23:57

Grzes napisał(a):Zacznijmy od tego, o czym jest ten film. On jest o dżungli - to ona (a nie pojawiające się w nim postaci), moim zdaniem, jest jego główną bohaterką. O dżungli jako miejscu, gdzie budzą się namiętności, ale może bardziej jako miejscu, w którym odkrywa się samego siebie. Także dżungli jako miejscu magicznym, w którym obcuje się z duchami, w którym można się oddać pod ich opiekę. W końcu dżungli jako narkotyku, który wciąga, i na nic, mające przed nim chronić twory kultury, jak religia (przedstawiona tutaj jako coś infantylnego) albo racjonalne działania (symbolizowane tutaj przez wojsko). Znacznie więcej, niż stwierdza Mrozik, sugerując, że to już było.


No nie wiem - natura jako wszechogarniająca siła to nie jest temat w żaden sposób nowy. Oczywiście głupio byłoby sformułować zarzut na zasadzie "no tak, coś podobnego było już tu i tu, bo w tych filmach też była dzika natura, więc "Jungle Love" jest do kitu, QED", bo w ten sposób można skrytykować każdy film. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co wymieniłeś, może poza ostatnim punktem, było obecne już np. w "Chorobie tropikalnej" czy "Nimfie" Pen-Eka Ratanaruanga - w nieco innej formie, fakt, ale niestety te porównania i tak siedzą mi w głowie i "Jungle Love" wypada w nich zdecydowanie niekorzystnie. Narzuciły mi się i nawet gdybym się postarał to już bym się od nich nie uwolnił, zresztą czemu miałbym chcieć?

Co do wspomnianego ostatniego punktu - nie wczytywałem się bardzo dokładnie i nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam, ale coś podobnego (pozostałe wątki zresztą też) zdaje się podnosić autor podlinkowanej przeze mnie recenzji, któremu film bardzo się podobał. No i wszystko fajnie, widzę, że to w tym filmie jest, ale pozostaje jeden problem: reżyser za cholerę nie przekonał mnie, że powinno mnie to obchodzić. Pewnie wszystko sprowadza się, jak wspomniałeś, do tego, czy film "działa" - na mnie działa, ale raczej nie w taki sposób, jakiego oczekiwałby reżyser ;) - więc argumentacją niewiele wskóramy. Dlatego na tym kończę ;)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 5 cze 13, 0:04

Jaki się tu ruch zrobił po północy! No cóż - oczywiście, że wszystko to już było, ale nie w takiej konfiguracji, a raczej większej oryginalności nie ma się co spodziewać po jakimkolwiek filmie! (Inna sprawa, że Jungle Love podobało mi się bardziej niż Nimfa). W każdym razie ja bardziej bronię tego filmu nie przed tobą (bo twoje argumenty potrafię zrozumieć), a przed tym co piszą Jarek czy vifon (ich zrozumieć niestety nie potrafię). A recenzji, którą podlinkowałeś, nie czytałem, więc nie wiem, na ile się pokrywa z moim odbiorem filmu (wiem tylko to, co napisałeś, tzn. że też jest pozytywna).

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 5 cze 13, 0:19

Grzes napisał(a):Jaki się tu ruch zrobił po północy!


Ja jestem nietoperzem.

Grzes napisał(a):a raczej większej oryginalności nie ma się co spodziewać po jakimkolwiek filmie!


Oczywiście, nie chcę robić z igły widły, ale wiesz, jak już się raz zafiksujesz na jakichś porównaniach to kaplica ;) I, jak mówię, te porównania według mnie wypadają zdecydowanie na niekorzyść filmu Sancheza.

Powodzenia w walce! Szczególnie że wygląda na to, żeś sam przeciw wszystkim ;)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Jarosz
 
Posty: 1719
Na forum od:
5 cze 07, 7:48

Post 5 cze 13, 0:27

Nimfa - w odróżnieniu od Jungle Love - była filmem PROFESJONALNYM, a nie tandetną amatorszczyzną. I ona mnie obeszła, wywołała jakieś emocje, a bełkocik pana Sancheza ani trochę.

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 5 cze 13, 8:02

No właśnie. Ja Jungle Love nie postrzegam jako amatorszczyzny (i dziwi mnie, że inni owszem). Za to Nimfa może i była profesjonalna, ale to właśnie jej główną wadą (w moim przypadku) było to, że mnie ani trochę nie obeszła (PROFESJONALIZM (właśnie taki - pisany wielkimi literami) nic nie pomógł :P).

Avatar użytkownika
vifon00
 
Posty: 345
Na forum od:
23 sty 12, 13:41

Post 5 cze 13, 9:43

Samo zestawienie NImfy i Jungle Love jest dla mnie mocno absurdalne, choć wcale nie uważam, żeby ta pierwsza jakoś się na tle innych filmów Pen-eka wyróżniała. Utwór Sancheza pokazuje do jakich wynaturzeń może dojść, kiedy za mocno poszukuje się "nowych horyzontów", jak łatwo jest obrócić ciekawą ideę w grafomański bełkot. Panuje powszechne przekonanie, że zrobić nowohoryzontowy film jest niezwykłe łatwo, jakże często takie kino jest (słusznie) obiektem drwin. Nie potrzeba scenariusza, profesjonalnych aktorów, ani operatora (wystarczy zostawić włączoną kamerę na kilka godzin, niektórzy nie zawracają sobie nawet głowy montażem:), akcję przenieść najlepiej na łono przyrody (wiadomo, dzikość, instynkty, seksualność - gotowe tropy interpretacyjne). Tylko, że jest dokładnie na odwrót. Uważam, że doskonałym pomysłem było zestawienie Noche i Jungle Love w ramach tegorocznego klubu. Obydwa zrobione według podobnej receptury, tyle tylko że Noche jest imponującym filmem, zrobionym z wyczuciem i pasją, stonowanym i wieloznacznym debiutem doskonale zapowiadającego się artysty, podczas gdy Jungle Love jest zaledwie namiastką filmu, studencką wprawką pozbawionego talentu megalomana.

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 5 cze 13, 10:08

vifon00 napisał(a):Nie potrzeba operatora (wystarczy zostawić włączoną kamerę na kilka godzin, niektórzy nie zawracają sobie nawet głowy montażem:)

To chyba o jakimś innym filmie - tu zdjęcia są bardzo dobre, a montaż bynajmniej nie przypadkowy.
a dalej napisał(a):akcję przenieść najlepiej na łono przyrody (wiadomo, dzikość, instynkty, seksualność - gotowe tropy interpretacyjne).

Tyle że tu "tropów interpretacyjnych" jest dużo więcej, i nie wynikają z samego "przeniesienia akcji na łono przyrody".

Także, naprawdę, widzieliśmy zupełnie różne filmy. Twoje zarzuty do Jungle Love pasują jak pięść do nosa. (A Nimfa na tle twórczości Pen-eka wyróżnia się niespecjalnie, bo to generalnie umiarkowanie ciekawy twórca jest). Na tym chyba i ja skończę (przynajmniej do czasu, aż wypowiedzą się też inni, dotychczas nieobecni w dyskusji).

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 5 cze 13, 10:19

Dyskusja, jak film działa, oczywiście do niczego nie prowadzi, bo większość powie, że w ogóle (w tym ja), a osamotniony Grzes, że i owszem. Dyskusja na temat tego, o czym ten film jest, też się chyba nie uda, bo większości z nas wydaje się, że o niczym. Ale można podyskutować, o czym ten film miał w założeniu być.

Otóż mi się nie wydaje, że miał być o dżungli. Wydaje mi się, że miał być o ludziach. A w szczególności miał być o tym, że ludzie przepełnieni są żądzami i to i tylko to ich określa. Wszyscy bohaterowie tego filmu chcą seksu. Główna para rżnie się bez przerwy i na różne sposoby, a jak się nie rżnie, to rozmawia o tym, jak będzie to robić. Żołnierz marzy o seksie. Stara kobieta, która ucieka z dzieckiem, marzy o seksie. Obecność w tym filmie nawiązań do religii czy do wojska rozumiem jako wyśmianie ich jako sztucznych narzuconych porządków naturze, która tych porządków nie chce i nie potrzebuje, bo jej sednem jest wiadomo co. Dżungla jedynie te żądze wyzwala.

A duchy? A duchy są w tym filmie tak niewidoczne, że nie ma co o nich gadać. Zwolennik filmu powie, że to olbrzymi sukces Sancheza, że coś tam tylko zasugerował, ale nie wiadomo co i jak i po co, i że to dobrze, bo tak przecież duchy działają (jeśli działają). Przeciwnik powie, że coś tam reżyser chciał, ale mu nie wyszło. Ja mówię, że nie wyszło. Może i Sanchez chciał zrobić ciekawy film (i zdaje się bardziej intencje niż wykonanie Grzes chwali), ale ten film gubi niechlujność. Jeśli miałem jakieś skojarzenia w czasie projekcji to z innym filipińskim dziełem - Mondomanilą - w teorii wszystko było fajnie, ale w praktyce nie dało się tego oglądać.
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 5 cze 13, 11:00

Jak "bardziej intencje niż wykonanie"? Skoro według mnie "działa", znaczy, że intencje udało się (przynajmniej w większości) przelać na ekran. Ale dzięki za bardziej konstruktywny komentarz niż obrzucanie epitetami, jaka to amatorka, szmira, czy nie wiem co.

A Mondomanila ma tu przecież zwolenników, też wśród tych, którzy o filmie Sancheza nie powiedzą dobrego słowa (ja - żeby nie było wątpliwości - zdecydowanie się do nich nie zaliczam). Swoją drogą - ciekawe jest zestawienie tego, co poszczególni członkowie Klubu myślą o Jungle Love, Noche i Mondomanili (skoro m.in. do tych dwóch filmów dzieło Pana S. jest porównywane) - zdaje się, że prawie wszystkie możliwe konfiguracje są tutaj obecne (i fajnie) :).

tangerine
 
Posty: 1723
Na forum od:
13 lip 07, 5:38

Post 5 cze 13, 19:19

doktor pueblo napisał(a): A w szczególności miał być o tym, że ludzie przepełnieni są żądzami i to i tylko to ich określa. Wszyscy bohaterowie tego filmu chcą seksu.


I tak też odbierałem ten film do 40 minuty, ale duszenia już nie ogarnąłem. Po prostu za dużo chciał reżyser "zabiegów stylistycznych" zmieścić w jednym filmie.

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 9 cze 13, 12:21

doktor pueblo napisał(a):Dżungla symbolizuje tu ludzką namiętność, dzikość. To nie film o miłości, lecz o seksie, pożądaniu, erotycznej walce, w której wygrają najsilniejsi.

I właśnie to moja pierwsza myśl po obejrzeniu filmu, ale czy wtedy nie powinien nazywać się "Jungle sex"? albo nawet "Jungle instincts"?
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 9 cze 13, 12:28

vifon00 napisał(a):Jungle Love jest tylko rodzajem amatorskiego homevideo, który nijak filmu nie przypomina.

I właśnie mnie zastanawia na ile ten film jest źle zrobiony, a na ile celowym zamysłem reżysera była stylizacja na obrazy rodem z tropikalnej scenerii "Mondo cane" (motyw wyspy, na której kobiety polują na mężczyzn) czy też dżungli z lat 80tych a la "Cannibal holocaust".
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 9 cze 13, 12:31

Nie wiem czy zacząłem nadinterpretować jakieś sceny i sygnały, ale czy scena mężczyzny wspinającego się po klifie, rozbierającego się i skaczącego do wody nago tylko mnie sugerowała popatrzenie na tło ujęcia z trójkątnym buszem drzew i nieba symbolizującym łono?
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 9 cze 13, 12:38

Zapewne tylko tobie, ale to nie oznacza, że to nie było zamierzone :).

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 9 cze 13, 12:40

I jeszcze scena pod koniec filmu z panem żołnierzem radośnie podskakującym na paradzie po wcześniejszym spełnieniu... Czy coś przegapiłem czy ta scena jest taka mocno symboliczna, jakby on właśnie kopulował w duchem tej dżungli?
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
wks
 
Posty: 620
Na forum od:
1 lut 09, 16:38

Post 9 cze 13, 22:00

Jak dotąd wszyscy poza Grzesiem są na "nie". Dołączam więc do większości. Doceniam eksperyment artystyczny reżysera, rozumiem zamierzenia zastosowania nieprofesjonalnego obrazu, dźwięku czy montażu, ale go nie kupuję. Drażniła mnie mieszanka tekstu oryginalnego dialektu miejscowego z tekstem niemal łamanym angielskim, zwłaszcza w początkowej części filmu z rozmowami protagonistów z głosem z offu (alter ego reżysera?). Sprawia to na mnie wrażenie chwytu "pod festiwal filmowy". Podobne wydaje mi się zastosowanie motywu dżungli w opowieści o ludzkich namiętnościach. Uważam to za tani chwyt, filmów o tym nakręcono już wiele w różnych częściach świata i "Jungle love" nie wnosi nic nowego do tematu. Sceny, o których symbolice wypowiadał się Psubrat (trójkąt klifu, buszu, nieba i męskiego ciała oraz żołnierza maszerującego w paradzie) uważam za najlepsze w filmie.

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 10 cze 13, 6:15

wks napisał(a): Drażniła mnie mieszanka tekstu oryginalnego dialektu miejscowego z tekstem niemal łamanym angielskim, zwłaszcza w początkowej części filmu z rozmowami protagonistów z głosem z offu (alter ego reżysera?).


Angielski jest na Filipinach językiem urzędowym i pojawia się niemal we wszystkich filipińskich filmach, więc to trochę dziwny argument.

Avatar użytkownika
wks
 
Posty: 620
Na forum od:
1 lut 09, 16:38

Post 10 cze 13, 16:00

okon napisał(a):
wks napisał(a): Drażniła mnie mieszanka tekstu oryginalnego dialektu miejscowego z tekstem niemal łamanym angielskim, zwłaszcza w początkowej części filmu z rozmowami protagonistów z głosem z offu (alter ego reżysera?).

Angielski jest na Filipinach językiem urzędowym i pojawia się niemal we wszystkich filipińskich filmach, więc to trochę dziwny argument.

1. Zrobienie tego filmu wyłącznie w miejscowym dialekcie filipińskiego nadałoby filmowi autentyczności. Trudno mi uwierzyć, że osoby będące pierwowzorem protagonistów rozmawiają ze sobą mieszanką niezbyt czystego filipińskiego z równie niezbyt czystym angielskim.
2. Przez 5 lat pobytu na Łużycach w miejscowości, gdzie niemieckie dzieci w szkole uczyły się języka polskiego ani razu nie usłyszałem tam tekstu "Eine Prosiątko po polu gelaufen dziub dziub machen".
3. W filmie Mela Gibsona "Apocalypto" protagoniści używają języka yucatec zamiast amerykańskiej wersji angielskiego.

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 10 cze 13, 16:21

@wks Ale skąd wiesz? Analogia do innych krajów to kiepski argument, każdy przypadek ma swoją lokalną specyfikę. Ja jestem w stanie uwierzyć, że ludzie tak mówią na Filipinach, poczytaj trochę, sytuacja językowa jest tam mocno złożona. Jeśli już szukać analogii, to powiedziałbym, że to trochę tak, jakby ktoś oglądając dziś film o społeczności żydowskiej w Polsce w okresie międzywojennym dziwił się, że mówią jakąś mieszanką polskiego, niemieckiego itp, zamiast czystym, "autentycznym" językiem. Są przypadki w których właśnie takie dziwactwa językowe są autentyczne.
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 10 cze 13, 17:40

wks napisał(a):niemieckie dzieci w szkole uczyły się języka polskiego ani razu nie usłyszałem tam tekstu "Eine Prosiątko po polu gelaufen dziub dziub machen".

Mistrz ciętej riposty wks. ;-D
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 10 cze 13, 17:43

Ach, i żeby nie było wątpliwości, fanem tego filmu nie jestem i należę do większości nastawionej na "nie", ale jednak trochę o nim myślę... Chętnie poszedłbym na spotkanie z reżyserem posłuchać czegoś więcej, czuję, że można w tym filmie szukać...
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 10 cze 13, 19:06

W filmach Diaza ludzie właśnie tak mówią - mieszaniną angielskiego z filipińskim - to nie przypadek, że tam też. Bierze się to z tego, że tak naprawdę na Filipinach ludzie mówią w wielu dialektach, więc ich pierwszym językiem nie jest "oficjalny" filipiński, który jest dla nich tak samo wtórny jak angielski. Oba są za to językami, w których są w stanie się porozumieć (w odróżnieniu zapewne od wielu języków/dialektów lokalnych). Nie znam żadnych Filipińczyków, więc nie wiem, jak odległe od siebie nawzajem są różne dialekty filipińskiego. Mam natomiast pewne pojęcie o tym, jak wygląda porozumiewanie się w kraju, który nie jest monolitem językowym, bo znam sporo Hindusów (a w Indiach sytuacja jest podobna - są liczne języki lokalne oraz dwa języki urzędowe, których ludzie są uczeni od dziecka w szkołach - hindi i angielski). Zgadnij, jak oni porozumiewają się między sobą (jeśli nie mają wspólnego pierwszego, lokalnego języka). Otóż mieszaniną angielskiego, hindi oraz (jeśli obie strony znają w znaczącym stopniu któryś z języków lokalnych, który nie jest ich wspólnym językiem) któregoś ze swoich własnych języków lokalnych (na przykład znane mi (przez cztery miesiące z nią miałem wspólny pokój w pracy, a on pracował na tym samym piętrze, więc mogłem się sporo nasłuchać) małżeństwo posługuje się zasadniczo mieszanką angielskiego z językiem kannada, który jest jej językiem lokalnym, a którego on nauczył się w jakimś stopniu przez lata wspólnego pożycia). W dodatku przechodzą między tymi językami płynnie w trakcie jednej wypowiedzi. To jest zresztą chyba charakterystyczna cecha wspólna różnych krajów stworzonych sztucznie (więc na przykład (a może zwłaszcza) dawnych kolonii), że tworząc wspólne organizmy państwowe, nie brano pod uwagę podziałów etnicznych, językowych, religijnych itp. itd., co nie zmienia tego, że one tam są, i są trwale obecne np. w języku(ach), którym(i) mieszkańcy tych krajów się posługują.
wks napisał(a):2. Przez 5 lat pobytu na Łużycach w miejscowości, gdzie niemieckie dzieci w szkole uczyły się języka polskiego ani razu nie usłyszałem tam tekstu "Eine Prosiątko po polu gelaufen dziub dziub machen".

Absurdalny przykład. Dla nich polski jest właśnie drugim (a może nawet trzecim) językiem. W dodatku ich pierwszy język jest dla wszystkich ten sam, więc żadnym łamanym polskim nie mają potrzeby się porozumiewać.
i dalej napisał(a):3. W filmie Mela Gibsona "Apocalypto" protagoniści używają języka yucatec zamiast amerykańskiej wersji angielskiego.

A ten przykład jest już zupełnie śmieszny. Jako coś pozytywnego podajesz idiotyczny zabieg "pod publiczkę" z gatunku "zrobimy coś, żeby publiczności się wydawało, że jest bardziej autentycznie". A w rzeczywistości potencjalni bohaterowie filmu Gibsona (który w ogóle był fantazją, ale mniejsza o to - dział się rzekomo w określonym czasie i miejscu) z całą pewnością językiem vucatec się nie porozumiewali (a język, którym mogli się porozumiewać, już dawno jest martwy). Za to dobry przykład podał doktor pueblo, pisząc o polskiej społeczności żydowskiej sprzed wojny. Otóż Amerykanie zapytali się Polańskiego, dlaczego bohaterowie jego Pianisty nie mówią w jidysz. Odpowiedział, że zasymilowani Żydzi, do których należał Szpilman, mówili po polsku, więc dlaczego w jego filmie mieliby nagle zacząć mówić w jidysz. To idealnie pokazuje rozdźwięk między tym, co się ludziom wydaje, że jest autentyczne, a tym, co autentyczne jest naprawdę. Bardziej jestem skłonny uwierzyć filipińskiemu reżyserowi, że wie, jakim językiem powinni mówić jego bohaterowie, niż twoim intuicjom.

I jeszcze jedno: dlaczego niby protagoniści Jungle Love mieliby mówić lokalnym dialektem, skoro - wszystko na to wskazuje - nie są miejscowi? Gdyby byli miejscowi, nie poruszaliby się z przewodnikiem. Zresztą całkiem możliwe, że język, jakim mówią (czego my nie jesteśmy w stanie wychwycić) właśnie ma mówić o pochodzeniu bohaterów, że (tutaj strzelam) są na przykład "miastowi", a w rzeczywistości z pochodzenia z różnych rejonów Filipin (bo tacy na ogół "miastowi" są).
Ostatnio edytowano 10 cze 13, 20:18 przez Grzes, łącznie edytowano 2 razy

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 10 cze 13, 19:31

Nowe Horyzonty Lingwistyki Stosowanej.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 10 cze 13, 19:41

No cóż, Mroziku, ja rozumiem, że innym film się nie podobał, jakkolwiek jedne argumenty przeciw uważam za uzasadnione (choć nie do końca się z nimi zgadzam), a inne za zupełnie chybione. Ale pretensje wks-a są już tak absurdalne, że kompletnie nie mogłem się powstrzymać przed popełnieniem tej epistoły. Naprawdę, ja rozumiem, że krytyka filmowa (i jakakolwiek inna) to w zasadniczej mierze racjonalizacja emocji, które film wywołał, a w was wywołał emocje zdecydowanie negatywne, ale niektóre z pojawiających się tutaj zarzutów są tak, nazwijmy to, osobliwe...

tangerine
 
Posty: 1723
Na forum od:
13 lip 07, 5:38

Post 10 cze 13, 21:16

Grzes napisał(a): ... który w ogóle był fantazją ...
tez tak myślałem, ale ostatnio pokazywali dokument na TVP Historia brytyjski chyba i poczułem się jakbym oglądał ten sam film... sorry za off topic

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 10 cze 13, 21:36

Jest, zdaje się, oparty na historyczno-mitologicznej tradycji Majów, więc coś z rzeczywistością wspólnego mieć musi. Zapewne nie więcej niż przekazy zawarte w skandynawskich sagach czy innych podobnych opowieściach z bliższych nam kręgów kulturowych. Co nie zmienia tego, że film Gibsona jest raczej efektowną bajką z morałem niż czymkolwiek poważniejszym.

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 10 cze 13, 21:55

Grzes napisał(a):Co nie zmienia tego, że film Gibsona jest raczej efektowną bajką z morałem niż czymkolwiek poważniejszym.


Z morałem, że biali przynieśli dzikusom kaganek oświaty i zakończyli ich barbarzyńskie rzezie. :)
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 10 cze 13, 22:16

doktor pueblo napisał(a):
Grzes napisał(a):Co nie zmienia tego, że film Gibsona jest raczej efektowną bajką z morałem niż czymkolwiek poważniejszym.


Z morałem, że biali przynieśli dzikusom kaganek oświaty i zakończyli ich barbarzyńskie rzezie. :)


Ale fajnie się oglądało :P

Grzes napisał(a):No cóż, Mroziku, ja rozumiem, że innym film się nie podobał, jakkolwiek jedne argumenty przeciw uważam za uzasadnione (choć nie do końca się z nimi zgadzam), a inne za zupełnie chybione.


Ależ oczywiście! Uważam, że argumenty Twoje i doktora załatwiają tę sprawę. Po prostu nie mogłem nie zauważyć, że dyskusja przybrała nieco... nieoczekiwany obrót ;)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
wks
 
Posty: 620
Na forum od:
1 lut 09, 16:38

Post 11 cze 13, 0:25

1. Język jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów świadczących o autentyczności filmu, dlatego nawet genialny film austriackiego mistrza MH "Pianistka" uważam za zrobiony pod festiwal w Cannes - ten sam film zrobiony po niemiecku byłby dla mnie arcydziełem.
2. Kultura azjatycka i kino azjatyckie nie są dla mnie bliskim kręgiem kulturowym, a więc muszą mnie czymś przekonać - najprościej autentycznością. Nie znam specyfiki Filipin, ale w wymienionych w dyskusji filmach filipińskich (Mondomanila, Kobieta w szambie) nie pamiętam mieszanki brudno-filipińsko-angielskiej.
3. Nie uważam zastosowania języka yucatec w "Apocalypto" za chwyt "pod publiczkę". W mojej opinii byłoby nim zastosowanie tam hollywoodzkiego angielskiego.
4. Może oglądałem "Jungle love" zbyt mało uważnie, ale spośród protagonistów chyba tylko Martin i Mae byli przyjezdnymi (chyba,że wzorem krajów głębokiej komuny rekruci pochodzą tam z przeciwległych zakątków kraju - co nie wydaje mi się wielce prawdopodobne).

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 11 cze 13, 0:48

W "Kobiecie w szambie" mieszali filipiński z angielskim. "Mondomanili" nie widziałem.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
wks
 
Posty: 620
Na forum od:
1 lut 09, 16:38

Post 11 cze 13, 5:43

Mrozikos667 napisał(a):W "Kobiecie w szambie" mieszali filipiński z angielskim.

W "Kobiecie w szambie" były fragmenty w czystym filipińskim i czystym "azjatyckim" angielskim.

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 11 cze 13, 7:37

Aha, czyli wszystko sprowadza się do wrażeń, jedno użycie języka (-ów) wydaje ci się bardziej autentyczne, drugie mniej - trudno z tym dyskutować. Trudno też mi zrozumieć, jak użycie języka angielskiego miałoby być zabiegiem "pod festiwale".

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 11 cze 13, 8:43

Mogłoby być chwytem "pod kogoś" (tyle że raczej nie pod festiwale, ale z myślą o zdobyciu leniwej publiczności z krajów anglojęzycznych), gdyby cały film był po angielsku (bądź prawie cały, vide koreańska Późna jesień), choć też przyznam, że to kiepski chwyt.

@wks: A w jakiejkolwiek scenie bez udziału tych dwojga, o których napisałeś, ktoś mówi po angielsku? Nie zauważyłem. Żołnierze między sobą mówią "czystym" filipińskim (choć w ogóle robią to rzadko), kobieta z dzieckiem oraz jej rodzina mówią "czystym" filipińskim, cokolwiek by to miało znaczyć.

@psubrat: Rzeczywiście. Łono jak znalazł. To zdecydowanie nie jest przypadek (zwłaszcza że bez tego symbolicznego znaczenia scena byłaby najzupełniej zbyteczna).

@okon: Widzę, że zabierasz głos w tym wątku, ale nie wypowiadasz się co do meritum. Podzielasz opinię większości i uważasz, że nie masz nic istotnego do dodania, czy jeszcze nie oglądałeś? Tak z ciekawości pytam.

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 11 cze 13, 11:44

wks napisał(a):2. Kultura azjatycka i kino azjatyckie nie są dla mnie bliskim kręgiem kulturowym, a więc muszą mnie czymś przekonać - najprościej autentycznością.


Z tego co widzę to jednak nie autentycznością, tylko byciem zgodnymi z Twoimi oczekiwaniami. Przyznajesz, że nie znasz tej kultury, ale upierasz się, że wiesz jakim językiem powinni mówić bohaterowie filmu.
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
wks
 
Posty: 620
Na forum od:
1 lut 09, 16:38

Post 11 cze 13, 15:43

Nie twierdzę, że wiem jakim językiem powinni mówić bohaterowie filmu. Twierdzę jednak, że odbieram ich dialogi jako sztuczne, nieprzekonujące do wypowiadanych treści. Taki sposób prowadzenia dialogu nie ułatwia mi oglądania filmu, lecz zniechęca.

Następna strona

Powrót do 3. Klub Krytyków Forum NH



cron