Wieczność, reż. Sivaroj Kongsakul

Dyskusje nt. wybranych przez organizatorów filmów z programu 11.NH
Avatar użytkownika
Seblon
NH-Moderator
 
Posty: 1048
Na forum od:
16 lut 07, 14:33

Post 17 maja 11, 12:43

Piątym filmem Klubu Krytyków Forum NH jest tajskie Wieczność (Eternity) Sivaroja Kongsakula. To kolejny film, który zostanie zaprezentowany w tegorocznym Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty.

{{{40. MFF Rotterdam - Tygrys dla najlepszego filmu}}}

:arrow: strona filmu >>>

:arrow: zwiastun >>>
20. MFF Nowe Horyzonty, 11. American Film Festival, Wrocław, 5 - 15 listopada 2020

Avatar użytkownika
chinaski
 
Posty: 823
Na forum od:
24 sie 06, 7:06

Post 17 maja 11, 21:28

Pierwsze wrażenie - niezwykły film;jeden z tych, który powoli, bardzo powoli prowadzi do miejsc, w których pozostaje już tylko cierpliwość, refleksja, brak jakiegokolwiek pośpiechu. Wśród zgiełku taka perełka na zatrzymanie; może nie arcydzieło ale rozkoszowałem się nim tej chmurnej niedzieli, myśląc jednocześnie o wielu sprawach, które do tej pory nie zaprzątały mojej głowy. Piękne krajobrazy, powolne tempo - tego mi osobiście było trzeba. Cieszę się że będzie w konkursie; jestem za. Pewnie za drugim, trzecim obejrzeniem znajdę jakieś mankamenty, jednak to nieprędko nastąpi..

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 18 maja 11, 18:57

czeka w kolejce....ale jak tylko wystopuję na chwile to obejrzę.
Chinaski Ty się tam trzymaj, trzymam kciuki byś obejrzał 2 i 3 raz szybciej, niż myślisz. :)

Avatar użytkownika
waszkas
 
Posty: 162
Na forum od:
15 lip 10, 17:13

Post 20 maja 11, 10:47

W końcu udało mi się obejrzeć i musze powiedzieć, że film zrobił na mnie spore wrażenie. Reprezentacja Azji nie zawiodła :) Choć historia jest bardzo prosta, a na ekranie prawie "nic się nie dzieje" to wciąga od samego początku. Niesamowity klimat.
Zastanawiam sie jak to jest, że choć Azjaci zrobili już tyle filmów o podobnej tematyce i utrzymanych w podobnej stylistyce, to każdy następny jest nie mniej zachwycający. Chyba tylko oni tak potrafią.
"Jest duża różnica między robieniem czegoś dobrze a robieniem czegoś naprawdę twórczo"

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 907
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 22 maja 11, 12:00

Ok, przyznaję się bez bicia: musiałem ten film rozłożyć na kilka części (wiem, Mrozik mnie zabije...). Po obejrzeniu mam świadomość, że znam inne azjatyckie snuje, które spodobały mi się bardziej i nie jest tak, że nie jestem zwolennikiem powolnego tempa filmów. Faktycznie jak zauważył waszkas kino azjatyckie ma tendencje do pokazywania zdarzeń kontemplacyjnie w zwolnionym tempie, tyle że w takiej sytuacji chciałbym coś dla siebie z filmu wyciągnąć w finale. O ile początkowe sceny jazdy na motocyklu mnie zaintrygowały o tyle utrzymanie tego tempa narracji bez, powiedzmy, jakiegoś suspensu albo ładnych zdjęć, już mnie nie przekonały. Zupełnie nie zrozumiałem kontekstu płaczu bohaterów w dwóch scenach (przy drzewie i na cmentarzu). Może ktoś mi wyjaśni.... Zakładając zaburzenia chronologii albo motywy reinkarnacji i tak nie powoduje to u mnie oczarowania filmem, ale może zwyczajnie potrzebuję dopowiedzeń lub dyskusji na temat spostrzeżeń, żeby pewne sprawy rozjaśnić. I jeszcze.... ograniczając poszukiwania do prostej historii o miłości i jej wartości, kierując się samymi emocjami i nie dociekając sensu i tak odczuwam niedosyt, to już, przepraszam, mogę obejrzeć "Wujka Boonmee...." ponownie, mimo, że z niego nic nie wiem.
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 22 maja 11, 18:58

O tak, psubracie, spodziewaj się mnie o każdej porze dnia i nocy z siekierą w ręku i mordem w oczach :P

A tak serio to zobaczymy - film obejrzę dziś i może się okazać, że Twoje przerywanie było jednak koniecznością, choć na pierwszy rzut oka wygląda jak niewybaczalna herezja :)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 23 maja 11, 1:56

Jestem tuż po i muszę przyznać psubratowi rację - było sporo azjatyckich snujów, które zrobiły na mnie większe wrażenie. Z tym niby jest wszystko w porządku - zaczyna się fantastycznie, to błądzenie bohatera, mimo że niedługo potem okazuje się, że to jego rodzinna wioska - co może oznaczać tylko tyle, że w początkowej sekwencji mamy do czynienia z duchem. Jego płacz przy drzewie w takim razie byłby płaczem za utraconą miłością, bo choć - jak przekonujemy się z wiersza recytowanego przez dzieci w końcówce - jest to miłość na wieczność, to jednak po utracie własnego ciała pewien istotny, bardzo ludzki aspekt tej miłości został utracony.

Myślę, że duch wraca po to, by przeżyć jeszcze raz najpiękniejsze chwile swojego zakończonego już poprzedniego wcielenia, a więc mamy tu jeszcze jakieś machinacje z czasem. Jednak nie są one przesadnie skomplikowane - pod koniec, jak ja to widzę, po prostu przenosimy się ileś lat do przodu, gdzie bohaterka żyje bez bohatera i również cierpi z powodu utraconej miłości - pewnie nawet bardziej, bo do szczęśliwych chwil, nie będąc duchem, może powrócić tylko myślami - co też dyskretnie okazuje np. we wspomnianej scenie recytacji.

Jak sądzę, zagadkę pierwszego płaczu udało mi się jakoś wyjaśnić, natomiast za Chiny nie wiem, co zrobić z drugim. Nie mam zielonego pojęcia - czy jeśli ten pierwszy jest płaczem "wspomnieniowym", to ten drugi świadczy o świadomości końca, a przynajmniej końca tego konkretnego wcielenia? Tyle tylko, że nie mamy żadnych wskazówek, jak bohater miałby to przewidywać. W ogóle nie wiemy, co się stało, że umarł (zginął?), chyba że gdzieś ta informacja jest ukryta i czeka na wydobycie.

Parę interesujących zagadek więc w filmie jest. Dlaczego więc nie zachwycił? Cóż, dobór krajobrazów jakoś przypominał mi "Wujka Boonmee...", a skoro wywołał takie skojarzenie, to musiał też wywołać refleksję, że film Apichatponga był dużo bogatszy znaczeniowo, pozostawił mnie strapionym, ale z chęcią wniknięcia w jego warstwę metafizyczną. W przypadku "Eternity" ta warstwa, jak sądzę, została zredukowana i pozostała nam po prostu opowieść o miłości. I broń Boże nie twierdzę, że samo to świadczy o słabości filmu (vide przedoskonała "Najdalsza podróż" z Tajwanu z bodaj 8. ENH), jednak tutaj ta nieprzeniknioność nie pozwoliła mi się emocjonalnie zaangażować - co przecież wcale nie kłóci się z koncepcją snuja - patrz: "Płonąca kobieta szuka wody" z 10. ENH. Trochę za dużo tych niewiadomych, być może jeśli wspólnymi siłami je wyjaśnimy, to będę mógł stwierdzić, że jest to jednak wspaniały film o miłości.

Że tak może być, świadczy przepiękne ostatnie ujęcie - majstersztyk!
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

ayya
 
Posty: 669
Na forum od:
27 lip 09, 10:52

Post 24 maja 11, 11:59

Ja też nie dałam rady zmierzyć się z tym filmem za jednym podejściem. Obejrzałam jakąś połowę i musiałam odpocząć. Generalnie gdybym była na seansie w ramach ENH w np. drugiej części festiwalu, to myślę, że nie dotrwałabym do pierwszego dialogu, bo po 5 minutach bym zasnęła:)
Nie chodzi o to, że nie lubię azjatyckich snujów, bo na pewno znalazłyby się jakieś interesujące mnie filmy z tego rodzaju (jakbym mocniej się zastanowiła), ale ten konkretny film, tyle, ile go obejrzałam, ewidentnie wydaje mi się przykładem "sztuki dla sztuki". Utwierdzam się w tym po przeczytaniu posta Mrozikosa, ale i tak postaram się obejrzeć do końca:)

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 25 maja 11, 10:37

nie wiem czy się przyznawać.../ jakaś mania czy co ;)/ jestem w trakcie.....zatrzymała mnie nie nuda - uwielbiam takie filmy, a konieczność dokładniejszego zrozumienia legendy/przypowiesci, którą bohater opowiada ..więć dzis c.d. :)

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 25 maja 11, 20:16

To oglądajcie, oglądajcie, bo mam potrzebę rozmowy i odkrywania znaczeń ;)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 26 maja 11, 22:56

To może i ja parę słów.

Mnie, podobnie jak chinaskiemu, właśnie tego było trzeba. Naprawdę przepiękny film, który ja osobiście odkryłem całkowicie po ostatniej scenie i wiem, że obejrzę go jeszcze nie raz. Nie bez wad, ale po kolei.

Ad rem.

Nie mogę się zgodzić, że w pierwszych sekwencjach mamy do czynienia z duchem. Dla mnie to człowiek z krwi i kości, reinkarnacja zmarłego mężczyzny. Jego płacz przy drzewie pełni dwojaką funkcję. Po pierwsze wyraża smutek po stracie wszystkiego co kochał. W momencie kiedy przybywa do swego dawnego domu, on sprawia wrażenie opuszczonego, na ścianie przybyło sporo zdjęć, co sugeruje, że jego żona, a może nawet i dzieci już nie żyją... Po drugie płacz to swego rodzaju "łącznik" dla widza, by mógł skojarzyć ową postać z chłopakiem płaczącym na grobie. Pomijam już to, że postać mężczyzny z pierwszych scen jest fizycznie dość podoba do bohatera, który umiera (mają niemal identyczne uczesanie, które w jednej ze scen jest wyraźnie eksponowane).

Kiedy na grobie Koi prosi by Wit jej coś obiecał to myślę, że wszyscy wiemy co miała na myśli, uważam, że jego płacz wynika stąd iż ma świadomość, że chociaż obietnica zostanie dotrzymana, to nie może niestety zagwarantować KIEDY ona się spełni. I tu dochodzimy do jednej z najważniejszych rzeczy w tym obrazie. Do azjatyckiej koncepcji czasu. Ludzie zachodu, a więc i my, pojmują czas linearnie, jest to droga do jakiegoś celu, w linii prostej. W Azji czas jest kolisty, zapisany na okręgu. To coś cyklicznego, powtarzalnego, nierozerwalnie złączonego z reinkarnacją, która jest w centrum wierzeń hinduizmu i buddyzmu. A, jak pewnie wiecie, w Tajlandii ponad 90% społeczeństwa wyznaje buddyzm.

To co dzieje się w początkowych sekwencjach to idealne wręcz ukazanie owej koncepcji. Mężczyzna znajduje się na jeziorze, nagle słyszy jak jego młoda żona woła jego imię, wchodzi do wody i znika razem z łódką. Historia zaczyna się "od początku", Wit pojawia się na powierzchni i zaczyna rozmawiać z Koi.

Wspomniane dywagacje o czasie przewijają się przez cały film. Dobrym przykładem może być opowieść Wita, o tym jak dawni bogowie walczyli i stworzyli przepiękną krainę lub np. wspomniany wyżej wiersz, który dzieci recytował już długo po śmierci Wita.

Urzekło mnie to, że mężczyzna się spóźnił. Wieczna miłość trwała "ponad czasem" (tak, to celowe nawiązanie ;) ) jednak na Ziemi nie dane było ponownie im się spotkać. Powtórzę, przepiękny film. A ostatnia scena, choć niebywale prosta, jest w jeszcze większym stopniu urzekająca.

I niestety jeden, jedyny minus - mimo tego, że film jest angażujący emocjonalnie, to jednak do pewnego stopnia... Nie zawładnął do reszty moimi emocjami, przynajmniej po jednym seansie. Niemniej, niezmiernie się cieszę, że trafiła się taka perła!

PS Chyba wybiorę się na to jeszcze raz już na festiwalu :).
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 27 maja 11, 14:19

Thane napisał(a):Nie mogę się zgodzić, że w pierwszych sekwencjach mamy do czynienia z duchem. Dla mnie to człowiek z krwi i kości, reinkarnacja zmarłego mężczyzny. Jego płacz przy drzewie pełni dwojaką funkcję. Po pierwsze wyraża smutek po stracie wszystkiego co kochał. W momencie kiedy przybywa do swego dawnego domu, on sprawia wrażenie opuszczonego, na ścianie przybyło sporo zdjęć, co sugeruje, że jego żona, a może nawet i dzieci już nie żyją... Po drugie płacz to swego rodzaju "łącznik" dla widza, by mógł skojarzyć ową postać z chłopakiem płaczącym na grobie. Pomijam już to, że postać mężczyzny z pierwszych scen jest fizycznie dość podoba do bohatera, który umiera (mają niemal identyczne uczesanie, które w jednej ze scen jest wyraźnie eksponowane).


A nie jest przypadkiem tak, że już po reinkarnacji nie pamięta się swojego wcześniejszego wcielenia? Właśnie dlatego napisałem, że to duch. Bo jeśli się pamięta, to chyba może być i człowiek z krwi i kości, ale jednak to zapalenie lampki na końcu wyglądało mi jak sprawka istoty z zaświatów :)

Poza tym tak naprawdę nic nie wiemy o tym jak, ani - na dobrą sprawę - czy bohater umiera, wygląda mi to jednak na nasze - sensowne, tak, ale jednak założenie. Albo ja coś przegapiłem?

Thane napisał(a):Kiedy na grobie Koi prosi by Wit jej coś obiecał to myślę, że wszyscy wiemy co miała na myśli, uważam, że jego płacz wynika stąd iż ma świadomość, że chociaż obietnica zostanie dotrzymana, to nie może niestety zagwarantować KIEDY ona się spełni.


No właśnie niby wiemy, ale skoro nie wiemy NIC o śmierci bohatera to tak naprawdę nie wiemy, dlaczego go o to prosi. Przewiduje coś tragicznego? Jak?

Thane napisał(a):Urzekło mnie to, że mężczyzna się spóźnił. Wieczna miłość trwała "ponad czasem" (tak, to celowe nawiązanie ;) ) jednak na Ziemi nie dane było ponownie im się spotkać. Powtórzę, przepiękny film. A ostatnia scena, choć niebywale prosta, jest w jeszcze większym stopniu urzekająca.


To prawda, ostatnia scena ma moc!
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 27 maja 11, 17:41

Mrozikos667 napisał(a):A nie jest przypadkiem tak, że już po reinkarnacji nie pamięta się swojego wcześniejszego wcielenia? Właśnie dlatego napisałem, że to duch. Bo jeśli się pamięta, to chyba może być i człowiek z krwi i kości, ale jednak to zapalenie lampki na końcu wyglądało mi jak sprawka istoty z zaświatów :)

Poza tym tak naprawdę nic nie wiemy o tym jak, ani - na dobrą sprawę - czy bohater umiera, wygląda mi to jednak na nasze - sensowne, tak, ale jednak założenie. Albo ja coś przegapiłem?


Faktycznie w teorii zakłada się, że powracająca dusza nie może pamiętać swoich przeszłych wcieleń. Mimo tego na pewno słyszałeś o osoba, która utrzymują, że pamiętają swoje wcześniejsze inkarnacje. Ja właśnie postrzegam bohatera z pierwszych scena jako właśnie taką "niewypraną duszę". Zważ jeszcze, że film sprawia wrażenie takiej samej opowieści, jaką raczy nas i swoją żonę Wit, mówię o głębokim zakorzenieniu w kulturze i wierze tamtych rejonów a co za tym idzie pewnym pierwiastku niesamowitości. A jeśli idzie o zapalenie lampki na końcu to zgadzam się z Tobą w 100%, nawet uważam, że owy DUCH, który zapala lampkę jest tym samym CZŁOWIEKIEM, z którym mamy do czynienia na początku. Nie wiem tylko jak Ty odczytujesz chronologię w tym filmie. Może ja powiem jak jak to rozumiem. Rozpoczynamy w momencie kiedy Koi siedzi w łodzi i woła Wita by ten pojawił się na powierzchni. Później wszystko idzie sprawnie aż do samego końca, czyli zapalenia lampki przez DUCHA. Dalsze wydarzenia są ukazane na początku filmu, od momentu kiedy bohater jeździ na motocyklu aż do momentu kiedy zanurza się w wodzi i znika razem z łódką. Dlatego uważam, że w scenie z lampką to był jego DUCH, jednak dopiero po latach tenże duch zyskał ciało i mógł wyruszyć już do niestety pustego domu (z czego zresztą zdawał sobie sprawę od początku, zwróć uwagę, że mężczyzna z początku jest starszy niż Wit).

Nie widzimy oczywiście śmierci Wita, ale czy po scenie na grobie z obietnicą, i późniejszej, kiedy Koi wychodzi z dziećmi z tego samego cmentarza trzeba coś więcej dodawać? Zapewne byli na jego grobie. To znaczy, dla mnie jest oczywiste, że on nie żyje, nie wiemy w jaki sposób, ale rzeczą praktycznie pewną jest, że ją "opuścił". A jeśli nie, to nie zrozumiałem 3/4 filmu :).

Mrozikos667 napisał(a):No właśnie niby wiemy, ale skoro nie wiemy NIC o śmierci bohatera to tak naprawdę nie wiemy, dlaczego go o to prosi. Przewiduje coś tragicznego? Jak?


Uważam, że w tym wypadku rozwiązanie jest o wiele mniej skomplikowane. Na początku tej sceny Koi i Wit rozmawiają ze zmarłym bliskim Koi (możesz mi przypomnieć kim on dla niej był? uciekło mi to). Sądzę, że dziewczyna ma świadomość samotności, przeczuwa, że jeśli Wit nie będzie przy niej, z wiekiem coraz boleśniej będzie ją odczuwać. Myślę, że jej prośba jest podyktowana po prostu chwilą. Tak jak zakochani mówią sobie czasem "Powiedz, że mnie kochasz", nie ma przecież jakiegoś specjalnego powodu, dla którego ktoś chce to usłyszeć, ważne że chce :). Po prostu jak każdy człowiek chce się UPEWNIĆ, że druga osoba (Wit) zawsze będzie ją kochał. A sama śmierć Wita? Można ją zrzucić na karb przypadku, lub bardziej adekwatnie do religii o jakiej mówimy, być może to karma. Jaka by to nie była przyczyna, sądzę, że jest ona tutaj najmniej ważna. I chyba też dlatego została potraktowana w ten sposób przez reżysera.
Ostatnio edytowano 27 maja 11, 18:20 przez Thane, łącznie edytowano 1 raz
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 27 maja 11, 18:05

Thane napisał(a):
Mrozikos667 napisał(a):A nie jest przypadkiem tak, że już po reinkarnacji nie pamięta się swojego wcześniejszego wcielenia? Właśnie dlatego napisałem, że to duch. Bo jeśli się pamięta, to chyba może być i człowiek z krwi i kości, ale jednak to zapalenie lampki na końcu wyglądało mi jak sprawka istoty z zaświatów :)

Poza tym tak naprawdę nic nie wiemy o tym jak, ani - na dobrą sprawę - czy bohater umiera, wygląda mi to jednak na nasze - sensowne, tak, ale jednak założenie. Albo ja coś przegapiłem?


Faktycznie w teorii zakłada się, że powracająca dusza nie może pamiętać swoich przeszłych wcieleń. Mimo tego na pewno słyszałeś o osoba, która utrzymują, że pamiętają swoje wcześniejsze inkarnacje. Ja właśnie postrzegam bohatera z pierwszych scena jako właśnie taką "niewypraną duszę". Zważ jeszcze, że film sprawia wrażenie takiej samej opowieści, jaką raczy nas i swoją żonę Wit, mówię o głębokim zakorzenieniu w kulturze i wierze tamtych rejonów a co za tym idzie pewnym pierwiastku niesamowitości. A jeśli idzie o zapalenie lampki na końcu to zgadzam się z Tobą w 100%, nawet uważam, że owy DUCH, który zapala lampkę jest tym samym CZŁOWIEKIEM, z którym mamy do czynienia na początku. Nie wiem tylko jak Ty odczytujesz chronologię w tym filmie. Może ja powiem jak jak to rozumiem. Rozpoczynamy w momencie kiedy Koi siedzi w łodzi i woła Wita by ten pojawił się na powierzchni. Później wszystko idzie sprawnie aż do samego końca, czyli zapalenia lampki przez DUCHA. Dalsze wydarzenia są ukazane na początku filmu, od momentu kiedy bohater jeździ na motocyklu aż do momentu kiedy zanurza się w wodzi i znika razem z łódką. Dlatego uważam, że w scenie z lampką to był jego DUCH, jednak dopiero po latach tenże duch zyskał ciało i mógł wyruszyć już do niestety pustego domu (z czego zresztą zdawał sobie sprawę od początku, zwróć uwagę, że mężczyzna z początku jest starszy niż Wit).


Ja to widziałem raczej tak: początek jak u Ciebie, ale pomiędzy tym, co dzieje się na wsi, a tymi scenami ze starszą już bohaterką są właśnie początkowe minuty filmu, w których - jak dla mnie - mamy już ducha. Rzeczywiście słyszy się o ludziach utrzymujących, że pamiętają swoje poprzednie wcielenia, ale w takim razie dlaczego ten duch/człowiek na motocyklu błądzi? Czy pamiętałby tak selektywnie? Zaczyna się to robić dość skomplikowane, uważam, że uznanie go już wtedy za ducha nie zmienia nic w tym, co powiedziałeś, a jest jakieś takie bardziej eleganckie ;) Chyba, że tak właśnie jest, że pamięta się coś tam, a nie wszystko.

Thane napisał(a):Nie widzimy oczywiście śmierci Wita, ale czy po scenie na grobie z obietnicą, i późniejszej, kiedy Koi wychodzi z dziećmi z tego samego cmentarza trzeba coś więcej dodawać? Zapewne byli na jego grobie. To znaczy, dla mnie jest oczywiste, że on nie żyje, nie wiemy w jaki sposób, ale rzeczą praktycznie pewną jest, że ją "opuścił". A jeśli nie, to nie zrozumiałem 3/4 filmu :).


Chyba masz rację. Nie zwróciłem na to uwagi, bo to był ten sam cmentarz, co wcześniej, więc automatycznie stwierdziłem, że byli na grobie tego krewnego Koi.

Thane napisał(a):
Mrozikos667 napisał(a):No właśnie niby wiemy, ale skoro nie wiemy NIC o śmierci bohatera to tak naprawdę nie wiemy, dlaczego go o to prosi. Przewiduje coś tragicznego? Jak?


Uważam, że w tym wypadku rozwiązanie jest o wiele mniej skomplikowane. Na początku tej sceny Koi i Wit rozmawiają ze zmarłym bliskim Koi (możesz mi przypomnieć kim on dla niej był? uciekło mi to). Sądzę, że dziewczyna ma świadomość samotności, przeczuwa, że jeśli Wit nie będzie przy niej, z wiekiem coraz boleśniej będzie ją odczuwać. Myślę, że jej prośba jest podyktowana po prostu chwilą. Tak jak zachowani mówią sobie czasem "Powiedz, że mnie kochasz", nie ma przecież jakiegoś specjalnego powodu, dla którego ktoś chce to usłyszeć, ważne że chce :). Po prostu jak każdy człowiek chce się UPEWNIĆ, że druga osoba (Wit) zawsze będzie ją kochał. A sama śmierć Wita? Można ją zrzucić na karb przypadku, lub bardziej adekwatnie do religii o jakiej mówimy, być może to karma. Jaka by to nie była przyczyna, sądzę, że jest ona tutaj najmniej ważna. I chyba też dlatego została potraktowana w ten sposób przez reżysera.


Cóż, rzeczywiście proste :) Niby gdzieś tam pałętała mi się taka nieskomplikowana myśl po głowie, ale - zapewne rzucając się w wir poszukiwania znaczeń - kazałem jej stać w kącie i nie przeszkadzać :)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 27 maja 11, 18:17

Mrozikos667 napisał(a):Ja to widziałem raczej tak: początek jak u Ciebie, ale pomiędzy tym, co dzieje się na wsi, a tymi scenami ze starszą już bohaterką są właśnie początkowe minuty filmu, w których - jak dla mnie - mamy już ducha. Rzeczywiście słyszy się o ludziach utrzymujących, że pamiętają swoje poprzednie wcielenia, ale w takim razie dlaczego ten duch/człowiek na motocyklu błądzi? Czy pamiętałby tak selektywnie? Zaczyna się to robić dość skomplikowane, uważam, że uznanie go już wtedy za ducha nie zmienia nic w tym, co powiedziałeś, a jest jakieś takie bardziej eleganckie ;) Chyba, że tak właśnie jest, że pamięta się coś tam, a nie wszystko.


Uważasz, że błądzi? Ja to odbieram trochę inaczej. On przez długi czas jeździ w różnych kierunkach, ale dla mnie ważne jest gdzie jeździ. Na około jest dużo "ziemi" i według mnie on nie błądzi a ogląda swoją niegdysiejszą własność. Pamiętasz, jest taka scena, w której Wit zabieraj Koi na wycieczkę motocyklem i opowiada jej o tym jak dostał w spadku ogromne połacie ziemi (przepiękne scena, w które stoją niemal na środku kadru i są "oddzieleni" drzewem, czyli symbolem natury, która jest również ściśle związana ze wspomnianą wyżej koncepcją czasu ludzi wschodu). Mówi, że nieopodal jest chatka, w której jeden z krewnych pilnował dobytku, planuje, że chciałby zamieszkać tam razem z Koi "na starość". Dlatego właśnie sądzę, że ta z pozoru niemająca sensu jazda, jest po prostu pierwszym z elementów ŚWIADOMEGO odsłaniania na nowo swych dawnych stron.
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 27 maja 11, 18:45

Ha, przekonujące! Ale i tak uważam, że to duch :P Na wszystko inne mogę się zgodzić, bo - jak pisałem - wszystko, o czym wspomniałeś pasuje i do jednej, i do drugiej koncepcji postaci.

Teraz wszystko się całkiem ładnie układa. Przy tym jednak nie mogę się opędzić od wrażenia, że "Eternity" to jednak trochę "popisówa" reżysera, wciąż brakuje mi tutaj takiego Apichatpongowego "odjazdu", jaki widziałem w "Wujku Boonmee...", a którym Kongsakul się ewidentnie inspiruje. Jest to bardzo dziwne, ponieważ uwielbiam filmy o miłości i zazwyczaj zupełnie nie przeszkadza mi brak tzw. "głębszych" wątków na ekranie. A tu proszę ;)

Trudno mi powiedzieć, skąd to się bierze, być może początkowa sekwencja nastawiła moją podświadomość na metafizyczną jazdę bez trzymanki, a kiedy okazało się, że to "tylko" film o miłości - jakkolwiek zamotany - poczułem się jednak trochę rozczarowany.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 27 maja 11, 18:57

Mrozikos667 napisał(a):Ha, przekonujące! Ale i tak uważam, że to duch :P


A proszę Cię bardzo :D.

Ja mam niestety taki problem, że nie widziałem wspominanego tutaj filmu Apichatponga dlatego zupełnie nie mogę się odnieść. Prawdą jest, że te początkowe sceny, mówię tutaj o jeżdżeniu na motorze nastrajają na coś zupełnie innego (pisałem już gdzieś, że kiedy sprawdzałem jak się ma sprawa z napisami po odbiorze filmu, to zakochałem się w pierwszych minutach ;))) ). Mimo tego, ja kompletnie nie czuję się zawiedziony, bo to piękny obraz nie tylko o miłości, ale przede wszystkim o jej granicach (a raczej ich braku). Zabrakło mi jedynie tego całkowitego zaangażowania emocjonalnego, ale jak się tak teraz nad tym zastanawiam, to wynika chyba z faktu położenia mniejszego nacisku na ten element przez reżysera, a skupieniu się bardziej na pierwiastku natury, jej kontemplacji oraz tym pierwiastku religijnym. Jakkolwiek akcentu zostały tutaj rozłożone, dla mnie to szczera perła, której niewiele brakuje do doskonałości :).

PS Już teraz deklaruje, że Z CHĘCIĄ NAPISZĘ O TYM FILMIE PODSUMOWANIE, tylko niech inni też zabiorą głos! :).
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 27 maja 11, 19:06

A ja właśnie wolałbym się chyba w film o miłości (czy w ogóle o potężnych emocjach) jednak zaangażować emocjonalnie. Reżyser wytworzył tu pewną trudną do przeskoczenia barierę i dlatego zwróciłem się ku szukaniu drugich czy jeszcze innych den, a tu jak na złość nic mi się nie chciało objawić. Przy czym nadal uważam film za udany (ach, to ostatnie ujęcie! :D), a tylko nie bardzo udany.

Thane napisał(a):PS Już teraz deklaruje, że Z CHĘCIĄ NAPISZĘ O TYM FILMIE PODSUMOWANIE, tylko niech inni też zabiorą głos!

Właśnie, do roboty, oglądać i się wypowiadać :P
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 27 maja 11, 19:15

Ja się zaangażowałem, jednak nie potrafiłem tak na 100%, jak to się czasem potrafi przydarzyć. I to jest właśnie jedyny mój problem z Wiecznością. A film jest jak najbardziej udany ;).

Piszcie, piszcie :).
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 907
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 28 maja 11, 9:01

No ja już przecież pisałem.... Podoba mi się koncepcja z czasem przesuwającym się po okręgu, natomiast Wasze dywagacje o duchach muszę przeczytać na spokojnie.
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1727
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 29 maja 11, 19:28

Bardzo ładny film, choć nie stuprocentowe spełnienie. Dlaczego nie? Wydaje mi się, że problem w tym, że reżyser (i scenarzysta w jednej osobie) postanowił opowiadać o swoich bohaterach w momencie, który zwykle w swoich filmach opisywał Rohmer - gdzieś na styku takiej wakacyjnej miłości, w niczym niezobowiązującego romansu i uświadomienia sobie prawdziwej bliskości. W momencie, gdy nie ma między nimi jeszcze żadnej głębokiej więzi, wszystko jest niedojrzałe, niepewne i wątpliwe, nie ma nawet wielkiej namiętności, tylko chęć bycia blisko. Co w tym złego? Otóż to, że trudno nam uwierzyć, że to ta wielka miłość, przekraczająca ramy czasu, wieczna. Pytanie, które Koi zadaje Witowi na cmentarzu wydaje się w tym momencie jakoś nie na miejscu. I świadomość, że bohater przeżywa na nowo największą miłość swojego życia (która jest nam narzucona) wydaje się nie na miejscu. Trudno (mi - widzowi) zaangażować się tak do końca w coś, w co nie wierzę, w co czuję się wmanipulowany. I to tyle - w tym momencie zapewne zabrzmiałem jak ktoś bardzo zawiedziony filmem. Tak nie jest - to raczej refleksja "po" na temat tego, dlaczego było dobrze, a nie rewelacyjnie. Bo tak poza tym, to ciepło i prostota tego filmu mnie urzekły. Dobór plenerów i zdjęcia (też cudowne powolne jazdy) były wspaniałe. Otwierająca scena - niezwykła. Każda z kolejnych rozbudowanych sekwencji pokazana subtelnie i bardzo prawdziwie (choć przyznam - bez odpowiedniego nastroju pewnie cokolwiek nudna).

A teraz o kilku szczegółach, o których wspominaliście powyżej.

Pierwsza scena:
Mam problem z traktowaniem bohatera w pierwszej scenie jako ducha albo jako zreinkarnowanego Wita z kolejnych scen. Dla mnie cała ta pierwsza scena to jakaś alternatywna rzeczywistość, bezczas, tytułowa wieczność. Zauważcie, że dom na wsi wcale nie wygląda jak opuszczony przed laty (jak sugeruje Thane) - poza tym, że wszędzie pełno jest pierza, wszystko wydaje się w dobrym stanie - tak, jakby ludzie opuścili tylko ten dom, może nie przed chwilą, ale przed kilku dniami. W dodatku (nie wiem, czy ktoś z was zauważył) na podwórku są zwierzęta (kozy chyba, nie wiem, czy inne - nie przyglądałem się za bardzo). Tak naprawdę to jest to samo miejsce, tylko kompletnie pozbawione ludzi. A reinkarnacja - raczej nie - wtedy nie tylko nie pamięta się poprzednich wcieleń, ale powraca się do pełnowymiarowego życia - nie do świata po jakiejś zagładzie, gdzie nie ma ludzi, a na niebie są jakieś dwa wielkie dymy - czarny i żółty (nie wiem, czy to zauważyliście - ja tak, i zastanawiam się, czy mają jakieś symboliczne znaczenie). A to, że pojawiają się w tym momencie sceny z przeszłości, to dla mnie raczej oznacza, że bohater znajduje się poza czasem, czyli jednocześnie w żadnym i każdym czasie, czasie subiektywnym, zależnym od własnych przeżyć.

Kongsakul i Weerasethakul.
Ktoś (Mrozikos chyba) napisał powyżej, że według niego autor się musiał inspirować Apichatpongiem, w szczególności jego Wujkiem Boonmee. Nie wydaje mi się. Nie widzę nadmiernych zbieżności. Jeśli są, to w ogólnych koncepcjach, wypływających ze wspólnego (związanego z lokalną odmianą buddyzmu) kulturowo-duchowego pnia. Poza tym zupełnie nie ma tu Apichatpongowego traktowania filmu jako instalacji (to jest obecne we wszystkich (3 ostatnich) filmach tego reżysera, które widziałem), zderzania ze sobą różnych kawałków nie powiązanych fabularnie, ale w jakimś innym sensie tworzących dla siebie nawzajem kontekst. Nie ma dziwnych zabiegów formalnych typu rozdwojenie postaci na ekranie. Nie ma zderzenia współczesnej cywilizacji z wszechogarniającą, traktowaną mistycznie, naturą (i ludźmi nauczonymi żyć w takiej, mistycznej właśnie, z nią symbiozie). Jest prosta, bardzo ludzka historia, która dostaje swoje mistyczne "przedłużenie". Zatopiona również w buddyzmie, ale nie takim przefiltrowanym przez miejscowe, panteistyczne, wierzenia. Na koniec jeszcze odniosę się do sugestii, że krajobrazy są podobne do tych w Wujku Boonmee. Otóż wegług mnie ani trochę. Nawet byłem zdziwiony tym, że w tej samej Tajlandii udało się znaleźć krajobrazy tak bardzo odmienne. Te (nie żartuję) czasem bardziej przypominają mi znane (mi) krajobrazy z Wrocławia, znad Odry i Oławy latem, czasem z południa Francji. W każdym razie nie mają nic wspólnego z tymi, które dla mnie wypełniają Wujka Boonmee - krajobrazami dusznego świata na skraju dżungli.

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 30 maja 11, 17:19

Reinkarnacja też wchodzi w grę. Ciekawe jest to, że, jak sądzę, przyjęcie któregokolwiek z tych punktów widzenia nie determinuje dalszej interpretacji i wszystko to, co powiedzieliśmy, stosuje się do każdego z tych pomysłów na tożsamość bohatera.

Co do skojarzeń z Apichatpongiem - nigdzie nie twierdziłem, że Kongsakul inspirował się "Wujkiem Boonmee..." w warstwie treściowej - wręcz przeciwnie, wyraziłem właśnie swoje delikatne rozczarowanie różnicami w tym względzie (choć oczywiście nie chodzi mi o to, że byłoby lepiej, gdyby Kongsakul - nota bene operator Apichatponga - kopiował styl bardziej znanego kolegi). A krajobrazy? Rzeczywiście, nie są wizualnie podobne, ale wywołały we mnie podobne wrażenie nieskrępowania przyrody, gdzie człowiek jest tylko włożony i wcale niekonieczny. Była to moja natychmiastowa impresja i choć nie musi ona wypływać z konkretnego podobieństwa kształtów i kolorów, to nagłość, z jaką mi się narzuciła, każe mi dopatrywać się podobieństw w "filozofii" tworzenia obrazu, kadrowania, która, moim zdaniem, wyraża i tu, i tu coś podobnego - tę pierwotność przyrody wobec człowieka. Jest to oczywiście sprawa całkowicie indywidualna, nie każdy będzie to tak odbierał.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
aszeffel
NH-Kreator
 
Posty: 2576
Na forum od:
23 mar 06, 11:51

Post 7 cze 11, 9:04

jest już na stronie tekst o Wieczności
http://www.nowehoryzonty.pl/artykul.do?id=1022

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 7 cze 11, 9:15

Czy imię reżyserki Ruchów Browna się nie odmienia? :).
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
aszeffel
NH-Kreator
 
Posty: 2576
Na forum od:
23 mar 06, 11:51

Post 7 cze 11, 9:39

musiałoby chyba brzmieć "Nanouka", żeby je odmienić "Nanouki", a jej imię to Nanouk ( i chyba to w ogóle męskie imię, ale duńskie licho wie), nie spotkałam się z odmianą jej imienia

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 7 cze 11, 9:45

Niestety nigdzie nie znalazłem zasad odmiany dla jej imienia (tak, to męskie imię), chyba faktycznie się nie odmienia. Chociaż w dodatku do Polityki zostało odmienione, nie wiem :).
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
aszeffel
NH-Kreator
 
Posty: 2576
Na forum od:
23 mar 06, 11:51

Post 7 cze 11, 9:59

okon, jak powinno być?

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 8 cze 11, 15:57

dziwna rzecz - film mi się podobał/ klimat, poetyka /, czułam się jakbym tam była...lubię takie filmy, a jednak uważam, ze filmu nie zrozumiałam. Najbardziej przekonuje mnie przekaz Thane'a...
To znaczy, nie że całkiem nic nie rozumiem w sensie opowiesci...ten film był dla mnie takim pływaniem na plecach poddaniem się spokojnej powierzchni ..oczywiscie jak więcej o nim myślę to zaczynam zauważać jakieś warstwy, ale najbardziej chcę tak ''bez ruchu leżeć - pływać po tafli" . Może na razie, może za jakiś czas dopiero ren film do mnie dotrze...

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 26 cze 11, 14:03

Thane napisał(a):Czy imię reżyserki Ruchów Browna się nie odmienia? :).


Spóźniona odpowiedź. Zasada jest prosta - obce imiona żeńskie niezakończone na -a nie odmieniają się, nawet jeśli pierwotnie są to imiona męskie (analogia: film z Jean Seberg / powieść Jeana Geneta).

Fakt, że w "Polityce" imię Nanouk Leopold zostało odmienione, wskazuje raczej na to, że autor pomylił płeć reżyserki.


Powrót do Klub Krytyków Forum NH



cron