Ruchy Browna, reż. Nanouk Leopold

Dyskusje nt. wybranych przez organizatorów filmów z programu 11.NH
Avatar użytkownika
Seblon
NH-Moderator
 
Posty: 1048
Na forum od:
16 lut 07, 14:33

Post 18 kwi 11, 5:23

Otwieramy kolejny temat. Tym razem członkowie Klubu Krytyków Forum NH będą dyskutować o najnowszym filmie Nanouk Leopold - Ruchy Browna (Brownian Movement), który zostanie zaprezentowany w Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty 11.MFF NH. Poprzedni film tej holenderskiej reżyserki - Wolfsbergen - oglądaliśmy podczas 7.MFF NH w 2007 (również w głównym konkursie).

Światowa premiera Brownian Movement odbyła się na 35.MFF w Toronto, zaś europejska - na 61.MFF w Berlinie.

:arrow: zwiastun >>>

:arrow: strona oficjalna filmu >>>
20. MFF Nowe Horyzonty, Wrocław, 23 lipca - 2 sierpnia 2020

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 18 kwi 11, 10:53

Ruchy Browna to także trafna metafora drogi artystycznej Nanouk Leopold.

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1711
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 18 kwi 11, 11:18

okon napisał(a):Ruchy Browna to także trafna metafora drogi artystycznej Nanouk Leopold.

Moim zdaniem ani trochę.

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 18 kwi 11, 12:04

Grzes napisał(a):
okon napisał(a):Ruchy Browna to także trafna metafora drogi artystycznej Nanouk Leopold.

Moim zdaniem ani trochę.


To nie zarzut. Choć po trzech tytułach jestem trochę znużony neurotycznymi skłonnościami jej znużonych bohaterek. Interesujące też, dlaczego to przede wszystkim kobietom u Leopold jest nie po drodze z psychiczną stabilnością, bardziej było to widoczne w poprzednim filmie, w "Brownian Movement" postaci męskie są potraktowane raczej pretekstowo. Gdyby reżyserem "Guernsey" czy "Wolfsbergen" był mężczyzna, łatwo można by te utwory oskarżyć o mizoginię.

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1711
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 18 kwi 11, 12:27

Dla mnie to też nie zarzut. Twoją opinię zrozumiałem tak: ruch od jednego filmu do kolejnego jest przypadkowy, powodowany jakimiś losowymi impulsami. A ja widzę u niej sporą konsekwencję w portretowaniu kobiet znużonych do bólu uładzonym (jak z kolorowych pisemek) życiem, i chwytających się desperacko czegoś, co im pozwoli odzyskać wiarę we własną indywidualność/podmiotowość.

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 18 kwi 11, 16:53

Nie widziałam wcześniej filmów reżyserki..więc nie wiedziałam czego się spodziewać

Film bardzo mi się podobał, mimo drobnych zastrzeżeń...o których potem.

- Gdy zorientowałam się co jest tematem...poczułam zrozumienie dla bohaterki, ale nie w sensie metody, co potrzeby ''bycia w małżeństwie też osobnym" tak sobie na początku wytłumaczyłam jej ''równoległe życie "...miałam jednak świadomość i poczucie, że to nie takie proste i nie oczywiste, że niekoniecznie tu chodzi o osobność w tym drugim biegu, a raczej o coś więcej, na poziomie psychicznym? fizycznym?
Potem zaczęłam się zastanawiać na ile można określić zachowanie Charlotte jako zdrowe? normalne? / znamienna scena spotkania jednego z mężczyzn w budynku i jej reakcja "teraz jestem kim innym! " , / chore? nienormalne?inne....bo od tej sceny Charlotte zostaje zakwalifikowana w jakiś sposób jako '' niezdrowa "/ z tym, ze nie chodzi mi tu o jednoznaczne określenie , że to choroba raczej ''z innej przestrzeni"
Tytuł trochę determinuje interpretację i z jednej strony to mi przeszkadza, bo narzuca kierunek myślenia, a z drugiej strony..może o to chodzi ?

Moje zastrzeżenia - do końcowej sceny...wolałabym by film się skończył wcześniej - w momencie gdy ..wymieniają 2- 3 zdania i zasypiają...trochę by nie wiadomo było co dalej, ale łut nadziei by pozostał...a tak ...zakończenie trochę ''i żyli długo i szczęśliwie" , mimo -jazdy po wyboistym terenie/ synonim, ze łatwo nie będzie?/ , ale patrzą ''szczęśliwie w dal...''

jest jeszcze scena w 2 cz. gdy Charlotte długo patrzy na obraz jakiejś dżungli...co mi nasuwa pomyślenie o pierwotnych instynktach...dodatkowe obrazki ilustrujące kolejne wizerunki ewolucji człowieka /twarzy/ ...takie myślenie narzucają - tych obrazków mogłoby nie być...-oczywiście ja sobie tak zinterpretowałam, ale nie wiem czy mam rację.

Jeszcze ciekawe to- Charlotte realizuje swoje potrzeby w eleganckim mieszkaniu....a w Indiach ..odosobnienia szuka w surowym stanie budującego się budynku

Na koniec ..bardzo mi się podobała para aktorów jako bohaterów, sposób filmowania Charlotte i pomysł na kliniczną scenerię w 1 i 2 części
Ostatnio edytowano 18 kwi 11, 17:33 przez eliska, łącznie edytowano 1 raz

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 18 kwi 11, 16:58

i spostrzeżenie ...łatwiej mi pisać jak nie czytam wcześniejszych opinii...:)

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 18 kwi 11, 18:20

Film bardzo mi się podobał, na długo zapamiętam układ mebli w pokoju schadzek. Początkowo nie zaskoczyłem, że tytuł odnosił się do terminu z fizyki, jakoś dopiero po obejrzeniu poszperałem trochę. Definicja ruchów Browna mówi o mimowolnych ruchach, a więc takich, których się nie da powstrzymać. Jednocześnie definicja zjawiska sprawia wrażenie odkrycia zupełnie przypadkowego, że coś takiego ma miejsce, może też więc zupełnie przypadkiem incydenty wyszły na jaw (spotkanie pacjenta-kochanka w innym otoczeniu). Chora, ale też nieporadna twarz bohaterki wzbudziła we mnie współczucie, cholernie mocna jest scena utraty pracy ogłoszonej przez sąd. Zmiana scenerii tak często doradzana przy problemach różnej maści nie zawsze przekłada się na poprawę sytuacji. Kamera w Indiach nie pokazuje czy pani na budowie nie spotkała się wcześniej z innym kochankiem. Film uchwycił jak dla mnie niedefiniowalne dążenie człowieka do spełnienia (?), którego nie da się wyrugować. I ta smutna rozmowa łóżkowa o tym, że nie wystarczy tylko być.... Jak dla mnie scena finałowa to wcale nie happy end i nie odbieram ich jako radosnej pary.... Czemu nie spacerują wzdłuż Gangesu tylko jadą przez pustynię? Okazali sobie wzajemne zrozumienie, ale tak naprawdę każdy z nich jest sam.
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 18 kwi 11, 18:22

eliska napisał(a):Moje zastrzeżenia - do końcowej sceny...wolałabym by film się skończył wcześniej - w momencie gdy ..wymieniają 2- 3 zdania i zasypiają...trochę by nie wiadomo było co dalej, ale łut nadziei by pozostał...a tak ...zakończenie trochę ''i żyli długo i szczęśliwie" , mimo -jazdy po wyboistym terenie/ synonim, ze łatwo nie będzie?/ , ale patrzą ''szczęśliwie w dal...''
i


Też tak myśle. Ten finał, w kontekście świadomych - jak mi się wydaje - nawiązań do estetyki Antonioniego w scenach przedstawiających puste, zdehumanizowane przestrzenie budynków, sprawia wrażenie zbyt słonecznego. Zwłaszcza jeśli pamięta się koniec "Zaćmienia". Z drugiej strony mam wątpliwości, czy przed filmową parą przyszłość rysuje się obiecująco - w tej bohaterce chyba nie zaszła jakakolwiek wewnętrzna przemiana. Od początku do końca przypomina manekina - pasywna, obojętna, nawet ciało obcych mężczyzn ogląda i dotyka z ciekawością naukowca, a nie pożądaniem, które w najprostszy sposób mogłoby wytłumaczyć motywację jej zachowania (zresztą to najmocniejszy element tego filmu). Nie wiem, co kryje się za tą alabastrową, tajemniczo uśmiechniętą twarzą - pustka, cierpienie czy wyrachowanie.

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 18 kwi 11, 18:29

Grzes napisał(a): ruch od jednego filmu do kolejnego jest przypadkowy, powodowany jakimiś losowymi impulsami.


Chodziło mi o coś innego - o to, że pomimo ruchu, w szerzej perspektywie, wszystko pozostaje w miejscu, w stanie spoczynku, co o ile jest zgodne z tym, co napisałeś, o tyle nie wiem, czy nie jest sprzeczne z samym prawem fizyki. :)

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 19 kwi 11, 6:26

okon napisał(a):
Grzes napisał(a): ruch od jednego filmu do kolejnego jest przypadkowy, powodowany jakimiś losowymi impulsami.


Chodziło mi o coś innego - o to, że pomimo ruchu, w szerzej perspektywie, wszystko pozostaje w miejscu, w stanie spoczynku, co o ile jest zgodne z tym, co napisałeś, o tyle nie wiem, czy nie jest sprzeczne z samym prawem fizyki. :)


Generalnie w całym układzie energia musi być zachowana, więc, jeśli się nie mylę, stwierdzenie "w szerszej perspektywie" pasuje całkiem ładnie ;)

okon napisał(a):Ten finał, w kontekście świadomych - jak mi się wydaje - nawiązań do estetyki Antonioniego w scenach przedstawiających puste, zdehumanizowane przestrzenie budynków, sprawia wrażenie zbyt słonecznego. Zwłaszcza jeśli pamięta się koniec "Zaćmienia".


No właśnie, z tym jakoś wiąże się największy problem, jaki mam z filmem. Ogólnie naprawdę mi się podobał (nie widziałem jej wcześniejszych filmów), to nienormatywne zachowanie bohaterki, takie zimne, beznamiętne, później te fragmenty z większą ilością dialogów - terapia - przejmujące, widać w nich z jednej strony jej walkę z samą sobą, ale chyba jednak niepełną wiarę w możliwość powodzenia; nie zgodzę się przy tym z opinią o całkowitym zmarginalizowaniu postaci męskich - jednak tutaj to od męża wszystko zależy, to on podejmuje ostateczną decyzję co do przyszłości związku i jest to bardzo dobrze wygrane, kiedy momentami, np. w scenie śledzenia, przenosimy się "w jego skórę"; również i mnie ostatnia scena wydała się nie do końca potrzebna, z powodów przez Was przytoczonych. Ale może teraz o problemie.

Otóż odniosłem wrażenie zbyt silnej inspiracji wspomnianym Antonionim (tak na marginesie - zakończenie "Zaćmienia" jest jednym z najpotężniejszych w historii) - te wszystkie sterylne wnętrza, w których rozgrywa się dramat - to wszystko było już naprawdę wiele razy. Niekoniecznie musi być to zaraz wielka wada, ale tutaj trochę jednak przeszkadzało, szczególnie że w scenach z opuszczoną budową w Indiach naprawdę musiałem się powstrzymywać, by nie "podmienić" sobie bohaterki na Jeanne Moreau błąkającą się po opuszczonych blokowiskach na przedmieściach jakiejś włoskiej metropolii.

Mimo tego mogę stwierdzić tylko jedno - bardzo udany film, z chęcią obejrzałbym poprzednie pani Leopold.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

ayya
 
Posty: 669
Na forum od:
27 lip 09, 10:52

Post 19 kwi 11, 9:11

Mi się też ten film względnie podobał, aczkolwiek zakończenie mnie rozczarowało. Bohaterka wprowadza do swojego sterylnego, udanego życia brzydkich, okropnych mężczyzn, którzy nijak przypominają jej przystojnego, kochającego męża. Miejsce schadzek - minimalistyczne, czyste mieszkanie wg mnie symbolizuje jej życie właśnie, stąd też tam właśnie sprowadza pozornie przypadkowych mężczyzn (w gruncie rzeczy całkiem starannie wybieranych pod kątem ich odpychającej fizyczności). Nie sądzę, że chodzi o samotność, ale raczej o walkę z rutyną i monotonią, które najwyraźniej mocno gryzą bohaterkę. Znalazła sposób na walkę z nią poprzez przypadkowy seks. Gdy została nakryta, nie sprawiała wrażenia specjalnie zdruzgotanej, zrozumienia szukała tylko trochę u psychiatry, który jednak nie dojrzał w niej mieszczańskiego znudzenia, ale zaburzenia psychiczne (to chyba typowe dla tych lekarzy). Wszystko, co się wydarzyło potem, wyrzucenie z pracy, wyjazd do Indii, narodziny kolejnych dzieci stały się przełamywaniem monotonnego schematu. Kiedy ten niebezpiecznie zaczyna się powtarzać (i podejrzenia męża wracają), bohaterka zdaje się go bardziej akceptować niż w pierwszej wersji. Ja bym poprowadziła ją do kolejnego, desperackiego buntu, innego niż nieszkodliwy seks z mężczyznami. I takiego czegoś mi w tym filmie zabrakło.

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 19 kwi 11, 9:32

ja nie odebrałam, ze jej o seks chodzi...raczej seks jako pretekst do czegoś innego...mie widać, ze ona czerpie jakąś satysfakcję..raczej jak tu ktoś wyzej napisal..

aaa Okon cyt '' pasywna, obojętna, nawet ciało obcych mężczyzn ogląda i dotyka z ciekawością naukowca, a nie pożądaniem, które w najprostszy sposób mogłoby wytłumaczyć motywację jej zachowania ''

nad mieszkaniem sie zastanawialam i nad tym zestawieniem z pustostanem

mieszkanie, kliniczne, urzadzone , nie jej ...ale gotowe
pustostan...miejsce odosobnienia, ale...to " budynek w budowie "...a ona przecież jakby ''buduje" ...tylko pytanie...co buduje?

Avatar użytkownika
chinaski
 
Posty: 823
Na forum od:
24 sie 06, 7:06

Post 19 kwi 11, 9:41

Film, jak już napisałem w innym wątku, zaintrygował mnie, choć mogę o0gladać niestety tylko do ok.50 minuty (scena terapii, początek części II). Odkrycie znaczenia tytułu to już przygoda (nawet pytałem o te ruchy Browna znajome od fizyki i biologii;-)). Kino bardzo ascetyczne, chłodne niemalże, twarz głównej bohaterki jak dla mnie nieprzenikniona - nie wiadomo jakie uczucia nią rządzą - czy jest w niej choć szczypta pożądania, czy kieruje nią jedynie ciekawość, chęć poznania "something different"? Szkoda, że nie umiem podsumować, nie znam drugiej połowy filmu, jednak to co widziałem to takie już wystarczy by uznać film za istotny.

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1711
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 21 kwi 11, 13:42

To ciekawe, że ten film, podobający się chyba wszystkim (jak dotąd - mi też się podobał, choć nie powalił) znajduje tu stosunkowo niewielki oddźwięk. Wszyscy zgadzają się ze wszystkimi, a wątpliwości dotyczą jedynie szczegółów - zakończenia, nawiązań do estetyki Antonioniego. Ja się chyba nie wyłamię (bo też się zgadzam co do ogólnej interpretacji). Parę słów tylko o tych szczegółach. Podobieństwo do Antonioniego mnie nie razi. W końcu tu chodzi o coś podobnego - nie o indywidualny patologiczny przypadek, ale raczej o cywilizację, w której wszystko jest uładzone, sformatowane, idealne. I o kogoś, kto usiłuje z tego zuniformizowanego świata wyrwać coś własnego. I podobieństwa z Antonionim z tego wynikają, że jakoś trzeba przedstawić ten świat pozbawiający indywidualności. Z podobnych powodów zakończenie mnie nie razi - interpretuję je jako próbę ucieczki - skoro w Indiach nie udało się przełamać rutyny, bo okazało się, że mieszczańska codzienność jest równie zuniformizowana, tylko trochę inna, to może gdzieś na pustyni, poza cywilizacją...

Na koniec parę słów o ruchu Browna, czy może bardziej o tym, jak się on ma do tego, o czym pisał okon. Jedną z cech ruchu Browna jest to, że, mimo swojej losowości, jest samopodobny, to znaczy - jeśli porównamy to, jak porusza się cząstka po wykonaniu całej serii ruchów, po jakimś czasie, z tym, jak poruszała się na początku, to te trajektorie wyglądają podobnie (i wszystkie parametry, w sensie matematycznym, tego jak cząstka się porusza po pewnym czasie, i na początku, są identyczne, tylko punkt startowy inny). I to mi pasuje do filmu - bohaterka przenosi się z miejsca na miejsce, ale w tym nowym miejscu tak naprawdę nic się nie zmienia.

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 21 kwi 11, 14:17

Grzes napisał(a):Na koniec parę słów o ruchu Browna, czy może bardziej o tym, jak się on ma do tego, o czym pisał okon. Jedną z cech ruchu Browna jest to, że, mimo swojej losowości, jest samopodobny, to znaczy - jeśli porównamy to, jak porusza się cząstka po wykonaniu całej serii ruchów, po jakimś czasie, z tym, jak poruszała się na początku, to te trajektorie wyglądają podobnie (i wszystkie parametry, w sensie matematycznym, tego jak cząstka się porusza po pewnym czasie, i na początku, są identyczne, tylko punkt startowy inny). I to mi pasuje do filmu - bohaterka przenosi się z miejsca na miejsce, ale w tym nowym miejscu tak naprawdę nic się nie zmienia.


Mi się przydało to wyjaśnienie więc dziękuję...

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 21 kwi 11, 14:44

Grzes napisał(a):To ciekawe, że ten film, podobający się chyba wszystkim (jak dotąd - mi też się podobał, choć nie powalił) znajduje tu stosunkowo niewielki oddźwięk. Wszyscy zgadzają się ze wszystkimi, a wątpliwości dotyczą jedynie szczegółów - zakończenia, nawiązań do estetyki Antonioniego.

Na koniec parę słów o ruchu Browna, czy może bardziej o tym, jak się on ma do tego, o czym pisał okon. Jedną z cech ruchu Browna jest to, że, mimo swojej losowości, jest samopodobny, to znaczy - jeśli porównamy to, jak porusza się cząstka po wykonaniu całej serii ruchów, po jakimś czasie, z tym, jak poruszała się na początku, to te trajektorie wyglądają podobnie (i wszystkie parametry, w sensie matematycznym, tego jak cząstka się porusza po pewnym czasie, i na początku, są identyczne, tylko punkt startowy inny). I to mi pasuje do filmu - bohaterka przenosi się z miejsca na miejsce, ale w tym nowym miejscu tak naprawdę nic się nie zmienia.


Rzeczywiście, bardzo niedobrze jest, kiedy film się wszystkim podoba, nie ma o czym rozmawiać ;) Tutaj jednak jakoś mnie to nie dziwi, nie pomyślałbym o użyciu słów takich jak "kontrowersyjny" czy "nie-normalny" (właśnie tak, z myślnikiem, by odróżnić od "szalonego"), bo w gruncie rzeczy jest to dość standardowy dramat, z tą jednakże zaletą, że z bardzo dobrą bohaterką (i aktorką!), przez co rzeczywiście wypada wiarygodnie.

A uwagi o ruchach Browna bardzo celne i przydatne, pomogły mi w odpowiedzi na pytanie "Skąd, do jasnej cholery, taki tytuł?!" :)
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 21 kwi 11, 17:03

No to ciekawe co napisze Querelle teraz...
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 21 kwi 11, 22:17

Wychodzi na to, że ten koniec jest bardziej gorzki niż w "Zaćmieniu". Tamci przynajmniej, w dość brutalny sposób, wyrzekli się złudzeń. Ci z nich nie rezygnują, trwają obok siebie bez przepracowania problemu (bohaterka podczas sesji terapeutycznych nie umie pokonać blokady, w Indiach jest jeszcze bardziej wyobcowana), pozostaje im tylko turystyka i czułość, za którą nie wiadomo co się kryje.

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 22 kwi 11, 10:52

okon napisał(a):pozostaje im tylko turystyka i czułość, za którą nie wiadomo co się kryje.

Może litość, albo niechęć do zmiany...
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
Querelle
 
Posty: 870
Na forum od:
24 gru 04, 4:26

Post 24 kwi 11, 17:14

Mnie również film się podobał, Wolfsbergen oceniam jednak wyżej. Gdyby nie zakończenie, mógłby być nawet lepszy od niego. No właśnie...

ayya napisał(a):Ja bym poprowadziła ją do kolejnego, desperackiego buntu, innego niż nieszkodliwy seks z mężczyznami. I takiego czegoś mi w tym filmie zabrakło.


Też oczekiwałem, że bunt nabierze większych rozmiarów, że np. w wyszukany sposób targnie się na swoje życie w stylu bohaterki ze znanego z ENH Processu C.S.Leigha, o którym pomyślałem nie tylko w kontekście innego zakończenia. Mamy tu łudząco podobny do Processu sposób prezentacji sterylnych wnętrz, twarz bohaterki tak samo przeraźliwie smutna jak u B.Dalle, jej spacer po budowie w Indiach (u C.S. Leigha w zamian mamy opustoszałe centrum handlowe, witryny sklepów). Choć zdaję sobie sprawę z tego, ze byłoby to chyba niezbyt oryginalne rozwiązanie... No i, co ważne, nie pasowałoby do tytułu filmu, ale jakoś skłonny byłbym przypisać większe prawdopodobieństwo takiej wersji zakończenia niż temu na ekranie. Z drugiej strony dobrze, że w tle pojawia się pustynia, co sugeruje, że dalej egzystujemy w samotni, że proces zdrowienia się do końca, o zgrozo, nie powiódł. Tylko że, jak pisze okon, zbyt słoneczny finał wyraża niepokojąco nieszczerą nadzieję... Nie wierzę w nią w takim wydaniu.

Te ujęcia w opustoszałej, indyjskiej budowli, o których pisze Mrozikos667, jej brzydota, surowy stan..., niewykończenie... jakoś wiąże z niedoskonałością ciał tych wszystkich mężczyzn, którym się oddawała... Jest taka scena (tuż przed śledzeniem), kiedy Charlotte spaceruje w frywolnej sukience i nagle kładzie się na betonowej płycie (już nie na puchowym, przeraźlwie białym kocyku), wcześniej chyba zdejmując z boku głowy spinkę, jakby chciała symulować akt seksualny...

Świetna Sandra Hüller! Polecam znane z polskich kin Requiem H.-Ch. Shmida (tego od Burzy) z jej główną rolą, która niewątpliwie jest lokomotywą tego filmu.

Kolejny po Utopians Zbigniewa Bzymka mocny punkt tegorocznego Konkursu NH!

ayya
 
Posty: 669
Na forum od:
27 lip 09, 10:52

Post 24 kwi 11, 23:07

Ja bardziej oczekiwałam, że targnie się na życie swoich dzieci np., co też by w sumie niespecjalnie pasowało do monotonności filmu. Finał dla mnie nie wyraża nadziei, albo raczej nie tak bym to nazwała. Wyczuwam, że bohaterowie, szczególnie mąż, czując samotność w związku, w rodzinie swojej żony, nie umie nic z tym zrobić, więc się niejako poddaje, ona zaś zdaje się być bardziej tolerancyjna wobec życiowej rutyny, ale raczej nie ze względu na dobro męża czy dzieci, tylko przez poddanie się również. Zauważam trochę analogii między jej życiem w mieście, a tym w Indiach - podobnie zaczyna się wyrywać z tej rutyny, ale w Indiach do pustostanu nie zaprasza już przypadkowych mężczyzn - to też coś symbolizuje. Może np. to, że proces ozdrowienia częściowo się jednak udał? Wyleczony został najbardziej bolesny objaw, nie zaś przyczyna choroby.

Sandra Hüller jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem tego filmu.

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 24 kwi 11, 23:46

No właśnie - to, że w Indiach bohaterka oddawała się samotności, zamiast towarzystwu tych mężczyzn, odbieram jako świadectwo częściowego powodzenia leczenia i w tym kontekście dające jakąś nadzieję zakończenie nie byłoby złe o tyle, że zdecydowanie sugerowałoby dalszy ciąg terapii, która być może miałaby szanse na powodzenie całkowite. Wtedy zakończenie pozostawałoby na poziomie nadziei, niedopowiedzenia, i nawet ładnie by pasowało, w takim ujęciu nie wydaje mi się nieszczere. Choć jeśli przyjęlibyśmy za punkt odniesienia to, co o ruchach Browna pisał Grzes, a co świetnie zdaje się tu pasować, to chyba nie ma co liczyć na realizację takiej nadziei.

Kiedy pisałem o tym, że zakończenie trochę mnie uwiera, nie miałem jakiejś konkretnej koncepcji, jak można by je "podmienić" - najbardziej naturalne wydawało mi się raczej urwanie filmu chwilę wcześniej, ta poprzednia scena była mocna i stanowiłaby świetny punkt nie-do-końca-zamknięcia. Ale jakoś w międzyczasie, także pod wpływem tego, co zostało tu napisane, jakoś przestało mi to szczególnie przeszkadzać, co oczywiście tylko przydaje filmowi jakości w moich oczach.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 25 kwi 11, 9:52

Zastanawiam się, że może lepiej scenę wędrówki po pustyni przesunąłbym do początku, na otwarcie filmu, a scenę ze spotkaniem na placu budowy umieściłbym na końcu jako finałową. Myślicie, że byłoby jeszcze ciekawiej?
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

Avatar użytkownika
Querelle
 
Posty: 870
Na forum od:
24 gru 04, 4:26

Post 25 kwi 11, 17:07

Obejrzałem dziś ponownie:) Na dużym ekranie film pewnie wiele zyskuje (sceny na budowie, starannie dopracowane wnętrza)... Grzechem będzie nie zobaczyć w kinie.

Oddawanie się mężczyznom to też był objaw samotności (wykluczam raczej rutynę), czy zlikwidowano objawy, o których pisze ayya? Hm, namacalnie chyba tak, w jej sferze psychicznej - wątpię (tu kłania się scena z leżącą Charlotte na płycie betonowej, o ile dobrze ją interpretuję). Nie wierzę w skuteczność terapii w takich stanach jak u niej, dlatego też to zakończenie jest jak kamyk w bucie - uwiera strasznie. Ucieczka na pustynię (w sensie dosłownym), poza cywilizację, jak pisze Grześ? Hm, a gdzie zatem są dzieci? Zauważcie, że w samochodzie ich nie ma. Może scena finałowa to tylko sen, a zakończenie jednak jest tam, gdzie pragniemy wszyscy, żeby było?

Ciekawy pomysł psubrata. Ta scena na pustyni wówczas miałaby zupełnie inne znaczenie. Musiałbym sobie to wszystko jednak inaczej poukładać teraz:)

Avatar użytkownika
okon
 
Posty: 765
Na forum od:
31 sty 05, 22:00

Post 25 kwi 11, 18:05

Szczerze mówiąc, nie widzę żadnych przesłanek, by uznać, że Charlotte została uleczona. Wręcz przeciwnie - zmienia się behawior, kobieta co prawda rezygnuje z tego, czego najbliższe otoczenie nie mogło zrozumieć i zaakceptować, ale do żadnego psychologicznego przełomu nie dochodzi. Co więcej, gdy zostaje skonfrontowana z niecodziennością swojego zachowania, jej wyobcowanie wręcz się pogłębia - dzieci pozostawia opiekunce (w pierwszej części miała jeszcze jakiś kontakt z synem), z nikim nie rozmawia, nikogo w Indiach nie ma, sama snuje się po pustych budynkach. Oczywiście mężowi łatwiej to zaakceptować niż przypadkowy seks z pacjentami, ale sytuacja Charlotte nie ulega poprawie. W ostatniej scenie - pozwolę sobie na pretensjonalny wtręt - uśmiecha się w niej pustynia.

Przez cały film - mając w pamięci dziewczynkę połykającą szkło w "Wolfsbergen" - bałem się, że reżyserka zdecyduje się na jakiś diametralny zwrot, efektowną puentę, bunt, o którym piszecie - czy to w formie samobójstwa, czy innej. Jak dla mnie, byłoby to zbyt filmowe, nieautentyczne. Podoba mi się ten impas.

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 25 kwi 11, 22:53

Troszkę wypadłem z obiegu, ale wtrącę swoje 3 grosze.

Film również mi się podobał, głównie za sprawą relacji (albo ich braku) między ekranową parą. Analogie lub inne nawiązania do Antonioniego pojawiają się tak często, że nie widzę powodu by uznać to za jakiś błąd.

Druga część filmu miejscami przypominała mi Klimaty Ceylana (uwielbiam ten film). Mówię oczywiście cały czas o pewnym pęknięciu w związku, rysie, która jest tak głęboka, że nie da się jej już pozbyć.

To co pisaliście o nieprzeniknionej twarzy to zdecydowanie prawda, chwilami kojarzyła mi się z... twarzą Pharaona z Ludzkości. Innym razem jej postępowanie przywodziło mi na myśl Bess z Przełamując fale...

Jestem przekonany, że jeszcze nie raz będę wracał do tego filmu. Mam też pewność, że z czasem będą towarzyszyły temu zupełnie inne emocje i odczucia, i bardzo dobrze.
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
aszeffel
NH-Kreator
 
Posty: 2576
Na forum od:
23 mar 06, 11:51

Post 26 kwi 11, 15:01

Mnie film pozostawił chłodną, nie dał się do siebie zbliżyć. Przygnębił mnie, pewnie przez ten nieustanny impas, o którym piszecie, że oczekiwalibyśmy przemiany, a ona -mimo pozorowanych ruchów- nie następuje. Znowu mamy deficyt instrumentów poznania, znowu próbujemy się jakoś zmierzyć z normą i odstępstwem od niej. Tu jednak z większym chyba naciskiem na związek estetyki i etyki (to jest też pytanie częste u Antonioniego, którego przywołujecie, o to, czy jakiś porządek estetyczny jest bardziej moralny od innego).

Podobnie bohaterkę widzę w punkcie przecięcia dwóch, przeciwstawionych sobie systemów (ale nie wiem, czy to jest taka prosta opozycja natura/kultura, instynkty/umowa społeczna). Choć – za namową reżyserki (ja tę namowę dostrzegam) - staram się ich nie wartościować. Każdy z nich posiada swoje opresje i satysfakcje, ich nałożenie jest źródłem pełni, ale de facto niemożliwej. Realne stanie w miejscu (w punkcie przecięcia) jest utopią. Nie ma tu też mowy o procesie zdrowienia (ponieważ porządki się wykluczają, nie można wyzdrowieć w jednym, nie będąc chorym w drugim). A bunt wydaje się z góry skazany na niepowodzenie.

Zainteresowało mnie to, co pisaliście o nawiązaniach do Antonioniego i ruchach Browna, o zmianie, która nie przynosi zmiany, o powtarzalności. Doceniam sposób pokazania tego procesu, który tak dużo czerpie z filmowanych przestrzeni. Kiedy figuratywne europejskie wnętrza (gdzie okno jest oknem, łóżko łóżkiem, sufit sufitem, i te wazony) przechodzą w abstrakcyjne – zamiast okna szklana ściana z podziałami, potem wręcz otwór z widokiem na rzekę, w roli łóżka ocieniona betonowa posadzka, zamiast sufitu – niebo, schody jakby zawieszone w przestrzeni bez klatki schodowej. To samo tylko inaczej. Ta surowa indyjska budowa od razu skojarzyła mi się z tym, co w latach 50. robił Le Corbusier w zaprojektowanym całkowicie od początku modernistycznym indyjskim mieście Chandigarh. Surowe betonowe bloki budynków bierze teraz w posiadanie roślinność, projekt nie został w końcu w pełni zrealizowany, okazał się niemożliwy.

Nie widzę żadnej nadziei w scenie pustynnej, tam jasno widać, dosłownie – w tym świetle, jak trudno znaleźć cokolwiek wspólnego w tej dwójce bohaterów, jak są uderzająco różni.

Avatar użytkownika
Mrozikos667
 
Posty: 1309
Na forum od:
3 sie 08, 11:11

Post 26 kwi 11, 23:15

O tak, namowa do niewartościowania, a przynajmniej do niewartościowania automatycznego, jest rzeczywiście bardzo wyraźna, jest to jedna z najmocniejszych stron filmu, ale jednak co do nadziei się nie zgodzę - z powodów wyłuszczonych powyżej.
Każdy film musi mieć początek, środek i zakończenie. Choć niekoniecznie w tej kolejności. Jean-Luc Godard

Avatar użytkownika
waszkas
 
Posty: 162
Na forum od:
15 lip 10, 17:13

Post 28 kwi 11, 21:53

Ja od siebie dodam tylko, że mi również film się podobał. Napisaliście już o nim chyba wszystko i mogę tylko przychylić się do większości opinii.
Trochę nie pasowała mi w tym filmie muzyka. Nie było jej wiele, ale jak już się pojawiła to psuła mi nieco odbiór filmu. Myślę, że bez muzyki film miałby jeszcze większą siłę oddziaływania.
"Jest duża różnica między robieniem czegoś dobrze a robieniem czegoś naprawdę twórczo"

Avatar użytkownika
kubak
 
Posty: 614
Na forum od:
8 gru 04, 10:49

Post 3 maja 11, 14:09

Film mnie zaskoczył, spodziewałem się czegoś zupełnie innego.
Niestety, nie jestem jego entuzjastą.
Po pierwsze, przeszkadzał mi sposób realizacji - nie lubię takich sterylnych, sztywnych zdjęć. Kojarzą mi się się z atmosferą telenoweli. Efekty dźwiękowe były niekiedy nie do wytrzymania - mam na myśli to, co brzęczało w głośnikach przy zbliżeniach na muskaną skórę, włosy, zdejmowany szlafrok. Szorstkość, chropowatość dźwięku żarła mi się okrutnie ze sterylnością zdjęć, oszczędnym tempem i łagodną muzyką.
Nie czuję relacji głównych bohaterów, nie rozumiem jej. Nie stali mi się bliscy, nie polubiłem ich nawet. Nie poznałem ich. A bardzo się starałem! Oczywiście, film w swojej oszczędności uruchamia wyobraźnię i daje dość duże pole do budowania interpretacji, nawet do zgadywania, lubię taką przestrzeń w kinie, ale w tym filmie ja na to nie mam ochoty. Chciałbym zostać przez twórców choć trochę do tego zachęcony. Byłoby to możliwe, gdybym pojawiła się we mnie jakaś ciekawość bohaterów, jakaś sympatia. A jest przenikający chłód, nawet w indyjskich tropikach. Może to efekt zamierzony? Ja w każdym razie nie chcę już do tego wracać.
10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków / listopad 2016 / piecsmakow.pl

Avatar użytkownika
Seblon
NH-Moderator
 
Posty: 1048
Na forum od:
16 lut 07, 14:33

Post 23 maja 11, 14:25

Podsumowania dyskusji dokonała ayya. Tekst jest już opublikowany na stronie ENH (w zakładce: Varia > Klub Krytyków Forum ENH):

:arrow: Ruchy Browna, reż. Nanouk Leopold >>>
20. MFF Nowe Horyzonty, Wrocław, 23 lipca - 2 sierpnia 2020

mmm
 

Post 28 lip 11, 6:32

Popatrzcie na ten film od strony ikonograficznej. Pomieszczenie-pokój spotkań: nazywacie je sterylnym. Sterylne są pomieszczenia szpitala, w którym pracuje Charlotta. "Pokój" jest chaotyczny, każdy mebel z innej epoki: sekretera Biedermeier, stół w stylu Ludwika, czarna sofa w stylu postmodern, łóżko ikeowskie, fotel w stylu lat 70-tych, kolory: w miarę ciepła tonacja. Charlotta dodaje do tego pokoju znaczący element: SZARY koc. Nie chce nikogo urazić, ale takie umeblowanie mówi o chaosie jaki panuje w człowieku. Tylko ktoś niezrównoważony emocjonalnie [ale nie wariat] mógłby się dobrze czuć w takich pomieszczeniach. Kolejne pomieszczenie to gabinet psychiatry: ten sam chaos stylistyczny: renesansowy arras na ścianie, w kącie eklektyczna sekretera, nowoczesne biurko, jeden fotel w stylu Ludwika, drugi z lat 70-tych, wnętrze w stylu postmodern. Pani doktor nie mogła określić czy Charlotta jest chora, bo sama przeżywała ten sam chaos. Mogła jedynie stwierdzić zbyt małą wrażliwość lub niedobór "empatii", czynniki niezbedne w zawodzie lekarza. Zmiana środowiska: Indie- pomieszczenia wyłożone w drewnie, w miarę harmonijne. Co robi Charlotta? Chowa się w pustym budynku, wśród SZAREGO betonu, tam czuje się dobrze. Jest scena, w której kupuje materiał na pościel: wśród całeje palety barwnych jedwabii, jaka dominuje w Indiach, Charlotta kupuje 5 m bawełny w kratę - SZARĄ kratę. Ta szarość dominuje w jej życiu, ona sie czuje w tym swojsko, mimo że wie, że nie jest to szczyt marzeń. Określa swoje życie intymne z mężem jednym słowem: dobrze, i zawsze tak samo, bez eksperymentów. Nie chce się tłumaczyć przy mężu, co go różniło od pozostałych: różnili się nie tylko wyglądem ale też sposobem zaspakajania jej. Czy kogoś z Was stać by było na szczere wyznanie w obecności partnera, że sex z nim jest nudny? Wątpie. Zazwyczaj wtedy używamy słowa: jest dobrze, bo jak ma być. Charlotta uszyła SZARĄ pościel i włączyła ją do swojego życia intymnego. Czy bardziej przeżywała zbliżenia z mężem niż z tamtymi obcymi mężczyznami? Z tamtymi miała jeszcze chwile przed owianą tajemnicą i ciekawoscią. Było widać na jej twarzy moment oczekiwania na to, co się wydarzy. A z mężem zawsze było to samo, przewidywalnie i bez wiekszych emocji.
Wszyscy zwracają uwagę na to, że miała idealne życie. Powiedziałabym, że była to rutyna i zwyczajne życie. Wg mnie nie była chora psychicznie. Gdyby była malarką nikt by jej tak nie nazwał, wtedy pasowałyby do niej określenia natchniona, poszukująca, ekscentryczna. I jeszcze jeden element: różnica kultur. Pomijacie ją w swoich wypowiedziach, niepotrzebnie. Inne potrzeby życia codziennego maja osoby pochodzące z kręgu wielkich kultur opartych na bardzo silnej religii a inne mają ludzie z tzw. kultury europejskiej, zwł. z krajów Europy Północnej. Ale to temat na inny wątek. Kto posiedział kilka lat w takim jednym kraju, ten wie o czym mówie. Terapia Charlotty nie mogła sie udać, bo ona nie była chora. Bardzo mądre żeczy piszecie o tym filmie, ale spróbujcie odrzucić wszystkie wcześniej widziane filmy, spróbujcie odrzucić porównywanie tego obrazu do innych. Chaotycznie poruszające sie cząsteczki, to chaotycznie poruszające sie mysli Charlotty, które ostatecznie maja wspólną cechę: uciec od rutyny dnia codziennego.
Ostatnia scena na pustyni: moment przełomowy i wg mnie dający nadzieję: połączono w niej jednostajność krajobrazu, nudnego, czasem urozmaiconego dziką zwierzyną, z ciepłym kolorem piasku. Już nie SZARY tylko piaskowy, ciepły kolor przestrzeni.

Avatar użytkownika
aszeffel
NH-Kreator
 
Posty: 2576
Na forum od:
23 mar 06, 11:51

Post 28 lip 11, 7:16

mmm, bardzo ciekawe spojrzenie, a czy masz pomysł na to, dlaczego w finale doszło do zmiany koloru, co popchnęło bohaterkę (reżyserkę) ku tej scenie pustynnej, bo skoro Charlotta cały czas przykrywa się tą szarością, nawet w scenach, które wydały nam się ekscentryczne, to skąd zmiana

mmm
 

Post 28 lip 11, 7:33

Aszeffel:
tak jak już zaznaczyłam [być może zbyt ogólnie :)], szarość zamienia się w złoto piasku, jeszcze monotonia krajobrazu trwa, ale Charlotta wraz z mężem jadą w tej przestrzeni razem. RAZEM, nie obok siebie. To, że nie patrzą sobie w oczy nie znaczy, że nie ma miedzy nimi czułosci: Charlotta przecież kładzie głowę na ramieniu męża. Jest zadowolona. Jego twarz też nie wyraża napięcia. Dla mnie to optymistyczne, pokazuje, że jest szansa na znalezienie wspólnego poziomu. Ta pustynia to jest punkt styczny między nimi.

Avatar użytkownika
aszeffel
NH-Kreator
 
Posty: 2576
Na forum od:
23 mar 06, 11:51

Post 28 lip 11, 8:34

tak, ale chodzi mi o motywację dla tej zmiany, pamiętam intuicje, że ta scena jest jakby "doklejona" do całej reszty, rozumiem w świetle Twojej interpretacji jej optymistyczny charakter, choć ja miałam inne odczucia, ale nadal nie wiem, co do niej doprowadziło, czy pojawił się jakiś "zwrot akcji" (albo inny sygnał), którego nie zauważyłam, czy w ogóle nie ma potrzeby takiego zwrotu szukać, może to jest tylko (aż) marzenie o szansie

mmm
 

Post 28 lip 11, 13:46

Ostatnia rozmowa w łóżku jest punktem zwrotnym. Gdy w trakcie współżycia problem zaczyna dostrzegać mąż. prosi, żeby popatrzyła na niego. Wcześniej w podobnej scenie łózkowej nie był tym zainteresowany.
Wtedy Charlotta go przygarnia jak dziecko, zagubione dziecko. We wcześniejszych scenach, to ona wtulała się w niego. Ta scena jest inna. To jest początek nowej jakości. Zauważ, że sceny w tym filmie budują paralele, rózniące się jednak jakimś jednym elementem. Pozornie podobne obrazy, w rzeczywistości niosące nowe jakości. Dlatego wg mnie scena z pustynią jest optymistyczna.


Powrót do Klub Krytyków Forum NH



cron