Vic+Flo Saw a Bear, reż. Denis Côté

Dyskusje nt. wybranych przez organizatorów filmów z programu 13.T-MNH
Avatar użytkownika
Seblon
NH-Moderator
 
Posty: 1044
Na forum od:
16 lut 07, 14:33

Post 2 kwi 13, 13:31

Trzecim filmem 3.Klubu Krytyków Forum NH jest Vic+Flo Saw a Bear (Vic+Flo ont vu un ours) Denisa Côté.

{{63.MFF Berlinale 2013 - Nagroda im. Alfreda Bauera za nowe horyzonty sztuki filmowej}}

Denis Côté był dwukrotnie gościem Nowych Horyzontów (2009, 2011). Podczas 9.NH z okazji przeglądu kina kanadyjskiego oglądaliśmy jego Szczątki (Wraki) i Ona chce chaosu, dwa lata później głośny Curling, a rok temu Bestiarium. Był jurorem konkursu Nowe Horyzonty 11.NH 2011.

:arrow: Denis Côté w obiektywie naszego festiwalowego fotografa, Łukasza Gawrońskiego >

:arrow: zwiastun filmu >

:arrow: oficjalna strona filmu na Facebooku >

.
Załączniki
denis.jpg
Denis Côté (MFF Berlinale 2013)
plakat Cote.jpg
plakat (mały)
plakat Cote.jpg (11.75 KiB) Przeglądane 4654 razy
20. MFF Nowe Horyzonty, Wrocław, 23 lipca - 2 sierpnia 2020

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 2 kwi 13, 13:51

Po seansie Vic + Flo Saw a Bear mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony oglądało się to przyjemniej niż Curling (niestety tylko odrobinę lepiej), z drugiej zaś, pojawił się ten sam problem co przy Curlingu właśnie. W obu tych filmach reżyser posługuje się pewna surowością tworzącą jakąś niewidzialną ścianę między widzem a światem na ekranie. Vic i Flo są dla mnie postaciami interesującymi, szczególnie Vic. Znakomicie uchwycono jej zagubienie, niepewność oraz mieszankę zazdrości i strachu o partnerkę i w konsekwencji o samą siebie. Bo przecież jeśli zabraknie Flo, nie będzie i Vic. Sądzę, że atutem Denisa Cote jest umiejętność tworzenia ciekawych postaci, a jego wadą – osadzanie ich w nieciekawych historiach. To właśnie historia pozostawia widza obojętnym, ma się niepokojące wrażenie, że nie ma gdzie „wrzucić” tych bohaterów. Nie ma „o czym mówić”, poza tym, że jest jakiś pomysł na początek opowieści, i nic więcej. Na potwierdzenie wystarczy wskazać zakończenie, które – o ile można umotywować „dobrymi intencjami” autora – jest całkowicie oderwane od struktury i porządku filmowej rzeczywistości. Co reżyser chciał przez to osiągnąć? Prequel Finisterrae?

Przeszkadzała mi też "muzyka", co zdarza się ekstremalnie rzadko.

Myślę, że w kontekście nazwiska Cote, lepiej zapoznać się z twórczością dokumentalną. Bestiarium nie widziałem.
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 2 kwi 13, 17:59

Ciekawa sprawa z Cote. Te jego filmy są po prostu jakieś takie... inne. Gdy oglądałem Curling, to uznawałem to za wadę, błąd w sztuce, ale po kolejnym filmie rozumiem, że to nie tyle błąd, co świadome, inne podejście do kina i opowiadania filmowych historii. Trzeba chyba uznać Cote za znakomitego reżysera, bo choć te jego historie wydają się jakieś takie nijakie, to równocześnie ogląda się je świetnie.
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
wks
 
Posty: 620
Na forum od:
1 lut 09, 16:38

Post 2 kwi 13, 19:09

Nie zgadzam się z tezą Thane o ciekawych postaciach osadzanych w nieciekawych historiach. "Vic+Flo" to historia niestandardowa, ale nie nieciekawa. Zgadzam się z tezą o surowości kreacji opowiadania oraz o oderwaniu zakończenia od struktury filmowej rzeczywistości. To na pewno inne podejście do kina, ale to trochę za małp, aby uznać Cote za Doktorem Pueblo za znakomitego reżysera. Niemniej "Vic+Flo" ma dla mnie ciekawszy scenariusz, niż "Curling". Autorem obu jest sam reżyser, a to wydaje się dobrze wróżyć w przyszłości.

Avatar użytkownika
doktor pueblo
 
Posty: 923
Na forum od:
21 lip 08, 14:29

Post 3 kwi 13, 10:35

Rzeczywiście z tym "znakomitym" to mnie nieco poniosło. Niech będzie "intrygującym i oryginalnym". :)
"I do not care to belong to a club that accepts people like me as members." (Groucho Marx)

Avatar użytkownika
Jarosz
 
Posty: 1719
Na forum od:
5 cze 07, 7:48

Post 3 kwi 13, 12:13

Muszę na wstępie przyznać, że nie lubię Curlingu, więc po przeczytaniu otwierającej tę dyskusję opinii Thane'a oglądałem Vic+Flo z nastawieniem na 'nie'. I niespodzianka - spodobała mi się lekko odrealniona atmosfera tego dzieła. Rzecz się zaczyna dość realistycznie, pierwsza scena nawet jakby była wyjęta z Moonrise Kingdom Andersona, ale im dalej w las, tym robi się dziwniej. Momentami cudownie bezczelne to kino, momentami zabawne (choć specyficzny to rodzaj humoru, zdecydowanie nie dla każdego), momentami lekko irytujące, ale całość zdecydowanie na plus. Dobrze prowadzeni aktorzy w interesującym anturażu. I tylko tytułowy niedźwiedź gdzieś znikł. Albo to jakaś metafora, której nie odczytałem, albo też perfidny, złośliwy komentarz odreżyserski do ostatniego kwadransa filmu. Raczej skłaniam się do tej drugiej opcji.

PS Sławku, rozumiem, że wskazując na Finisterrae, miałeś na myśli nie tylko charakter finałowych scen, ale również piosenkę na tyłówce, mocno w formie przypominającą wykorzystany w Finisterrae (ale też w Attenbergu Tsangari) utwór Ghost Rider grupy Suicide?

Avatar użytkownika
Thane
 
Posty: 1041
Na forum od:
14 lip 07, 9:51

Post 3 kwi 13, 12:32

Mały apel, nie czytajcie proszę komentarzy przed seansem. Nie chodzi już nawet o jakieś nastawienie do filmu, a o tak prozaiczne sprawy jak elementy fabuły czy nawet zakończenie, które czasem przecież tutaj się pojawiają :). Cieszę się, że nie mówiłem wprost, bo bym Ci Jarku popsuł seans, a może nawet nie tylko Tobie.

Jarku, jako, że wiem o czym jest Finisterrae pozwoliłem sobie nawiązać, choć seans tego filmu jeszcze przede mną. I z oczywistych względów miałem na myśli tylko i wyłącznie charakter zakończenia :).

To co piszesz to racja, im dalej, tym dziwniej. Tylko po około 1/3 filmu przestało to być zajmujące. Historia jest opowiedziana w tak nijaki sposób, że przy całej sympatii dla bohaterów nie obeszły mnie ich losy. Paradoksalnie film ogląda się bez przeszkód, tyle że nic później nie zostaje. Nadal uważam, że lepsze od Curling, ale tylko nieznacznie. Trochę szkoda.
"When I'm alone I don't speak..." Tsai Ming-liang

Avatar użytkownika
psubrat
 
Posty: 906
Na forum od:
30 cze 05, 15:47

Post 6 kwi 13, 21:46

Mnie film się spodobał, mimo, że nie jest bardzo radykalny i nowohoryzontowy. Brak tytułowego misia uważam, za interesujące oszukiwanie widza, zuoełnie tak jak nieprzewidywalne i nierozpieszczające nas jest życie. Taka zapowiedź czegoś, czego nie dostajemy i czujemy się skonfundowani, oszukani, ale nie wiadomo do kogo mieć pretensje, tak jak czasem w życiu. Szkoda, że Cote obchodzi się z bohaterkami tak bezceremonialnie i bezlitośnie, ale właśnie taka koncepcja mnie przekonuje. Life's a piece of shit when you look at it... Mam tylko wątpliwości czy film zasłużenie otrzymał nagrodę za walory artystyczne na Berlinale. W przypadku nagrodzonego podobnie "Tataraku" nie mam w ogóle takich wątpliwości, nakładanie planów czasowych na siebie u Wajdy kładzie mnie na łopatki. Nie zmienia to faktu, że Cote ciekawym reżyserem jest. ;-D
"let's just imitate the real, until we find a better one..."

tangerine
 
Posty: 1723
Na forum od:
13 lip 07, 5:38

Post 7 kwi 13, 15:04

Film się bardzo dobrze ogląda, głównie dzięki dobremu aktorstwu i żywym dialogom. Ale o czym on opowiada ? Jaki jest jego temat wiodący ? Czy jest nim temat resocjalizacji, a może rozpoczynania nowego etapu w życiu. Jak w klasycznym schemacie z kina komercyjnego przeszłość nie daje o sobie zapomnieć i niweczy plany bohaterów. Tylko że tym razem te plany są minimalistyczne. Jedna z bohaterek właściwie niczego już do szczęścia nie potrzebuje, chciałaby żeby chwila stała się wiecznością, chodzić po lesie, kontemplować ciszę i niezmąconą niczym taflę niewielkiego jeziorka, mając oczywiście przy boku tę drugą, która jednakowoż myśli o zmianie, o jakimś mężczyźnie i pracy. Może takie właśnie nastawienie w przeszłości sprowadziło na nią kłopoty. Reżyser nie koncentruje się jednak na wyostrzenia znaczeń w opowiadanej historii ale wręcz chowa je pod warstwą obyczajową. Robi gest w moim rozumieniu przeciwny wobec tradycyjnych strategii twórczych, które opierają się na tym, żeby odszukiwać w naszym zwyczajnym życiu znaczeń i je podkreślać, tymczasem on jakby koncentrował się na tym co powszednie.

Avatar użytkownika
eliska
 
Posty: 1924
Na forum od:
24 cze 07, 7:52

Post 8 kwi 13, 10:38

nie oglądałam, więc uczciwie, jeszcze Was nie czytam. A nie oglądałam, bo robię koraliki na wiosnę :)))).

Avatar użytkownika
Grzes
 
Posty: 1709
Na forum od:
28 mar 09, 0:13

Post 8 kwi 13, 11:44

Też mam wrażenie, że to wszystko, co w oglądaniu filmu Cote przeszkadza, jest celową strategią. Celowo wziął na warsztat tradycyjny temat (człowiek wychodzi z więzienia i usiłuje sobie ułożyć życie), z którym w naszej świadomości wiążą się pewne stałe motywy i pewien stały sposób opowiadania, i opowiedział go, omijając całkowicie nasze przyzwyczajenia. Fakt, że zrobił to skutecznie, potwierdza dla mnie zarówno to, że całkiem nieźle (mimo wszystko) się to ogląda, jak i Thane'owe poczucie, że historia jest nieciekawa. Jeśli coś mnie w tym filmie drażni, to chyba to, że Cote właśnie zadowala się zdekonstruowaniem tradycyjnej narracji, nie próbując w to wpisać jakiejkolwiek myśli. Ja też (jak tangerine) zastanawiałem się, jaki jest "temat wiodący" filmu, i mam wrażenie, że on, ostentacyjnie, żadnego takiego tematu nie ma. I chyba to jest główny powód poczucia "dziwności" tego filmu - on nie chce się wpisać do żadnej znanej nam grupy - nie jest to postmodernistyczna zabawa - wrażenie toto sprawia czegoś zupełnie serio. Nie jest to też jednak też film serio, jakiego możemy się spodziewać, bo jest o niczym. Ale może właśnie w tym kryje się jego przewrotne przesłanie, że tworząc narrację, usiłujemy nadać życiu sens, a narracja "prawdziwa" takiego sensu nie ma?

Avatar użytkownika
vifon00
 
Posty: 345
Na forum od:
23 sty 12, 13:41

Post 17 kwi 13, 11:32

Widzę, że dyskusja szybko ucichła, to wiele o filmie Cote mówi. Podejrzewam, że gdybym sam nie odczekał dłuższej chwili po obejrzeniu Vic i Flo... nie byłbym w stanie napisać o nim niczego pozytywnego. Dwa dni później jest trochę lepiej, dziwadło nabrało kolorów, choć w dalszym ciągu uważam, że mogło być znacznie dziwniej. Tu właśnie, jak się wydaje, tkwi problem tego filmu, wydaje się nie do końca wypieczony, ułomny, niedokończony. W odbiorze na pewno nie pomaga ostentacyjnie nieciekawa fabuła, jak to już wspomniał Thane. Mam podobne wrażenie co Grześ, że jedynym zamiarem reżysera było zebranie w jednym miejscu jak największej ilości klisz gatunkowych i fabularnych po czym odarcie ich ze wszystkiego, co atrakcyjne. Vic i Flo składa się z elementów tak bardzo do siebie niepasujących, że powinno to zadziałać na pewnym poziomie, zaowocować groteską, absurdem, czarnym humorem, ale tak się nie dzieje. Dekonstruując kolejne gatunki, takie jak dramat o resocjalizacji, czarną komedię, thriller o gangsterskich porachunkach, czy horror film Cote w efekcie nie staje się żadnym z nich, co zapewne było zamierzeniem reżysera, ale niestety działa też na jego niekorzyść. Złożony z pozornie interesujących elementów film sam w sobie interesujący nie jest, ponieważ zawodzi to, co powinno ten cały miszmasz spajać - fabuła. Z drugiej strony ogląda się to nieźle, jest kilka scen zapadających w pamięć (szczególnie te ze sparaliżowanym wujkiem, albo chłopcem z trąbką) jest i wyborna końcówka. W sumie średniak, z którego pewnie zapamiętam zapewne tylko Marie Brassard - wyśmienity czarny charakter.

moszhenryk
 
Posty: 35
Na forum od:
21 lip 13, 10:54

Post 26 lip 13, 20:39

Dla mnie to opowieść o pięknej zemście, bo przecież nie o "miłości".

A tak a propos, za co mści się Jackie, bo musiałem przysnąć?


Powrót do 3. Klub Krytyków Forum NH



cron